MG_BJ: Kwiecien 1953 r.
  Mala, nadmorska miescina Tenby w Devonie.
  Zapada zmrok, za chwile wybije siodma wieczorem.
  Na przystani zebralo sie dziewiec osob.
  Wiekszosc przybyla od strony dworca kolejowego.
  Jedna osoba zajechala niemalze pod sama przystan pieknym, bialym jaguarem -- zza kierownicy wylonil sie 20-25-letni mezczyzna o krotkich, czarnych wlosach.
  Pozostale osoby to:
  Mezczyzna w srednim wieku w eleganckim garniturze.
  Lysiejacy ksiadz w sutannie.
  Mezczyzna mniej wiecej 30-letni z czarna, chyba lekarska, torba.
  Mlody mezczyzna w okularach.
  Przystojny i wysportowany facet z szerokim usmiechem.
  Schludnie ubrany, stary mezczyzna.
  I facet ok. 40-letni, z czarnymi wasami, o bystrym, sympatycznym spojrzeniu.
  Kilka minut po siodmej pojawia sie dziewiata osoba:
  Stary, lecz prosto trzymajacy sie mezczyzna w mundurze z dystynkcjami generala.
  Tuz obok przystani jeden z miejscowych szykuja duza lodz motorowa do odplyniecia.
  Pozdrowil was skinieniem reki, najwyrazniej wlasnie na was czeka.
  Motorowka bedzie gotowa do odplyniecia za kilka minut.
  Fale leniwie rozbijaja sie o brzeg. Niebo jest czysta, zachod mieni sie szkarlatem.
  Pare kilometrow od brzegu widac wyspe Whisper Isle. Posiadlosc wyglada stad jak maly punkcik.
  Teraz wszyscy zebraliscie sie juz na przystani.
  Spogladacie po sobie, nikt na razie sie nie odzywa.
wasaty: -Witam. Nazywam sie William Blore.
  Wyciagam reke do najstarszego.
Stary: - Dzien dobry, Lawrence Wargrave.
garnitur: - Witam. Kenneth Broven. - mowie z usmiechem
wasaty: Podaje kolejno reke wszystkim zgromadzonym.
MG_BJ: [ Po prezentacji zmieniajcie nicki.
Okularnik: Odwazajemniam usmiech.
mezczyzna2: - Dobry wieczor, Edward Armstrong. - podaje reke kazdemu po kolei
Przystojniak: "Zbytek uprzejmosci..."
MG_BJ: [ Imie albo nazwisko, jak kto woli.
Przystojniak: Usmiecham sie szeroko
  - Philip Lombard, niezwykle mi³o mi Panów poznaæ
Okularnik: - Victor Claythorne, mnie rowniez jest bardzo milo.
ksiadz: Spogladam raczej posepnie na wszystko wokol.
Blore: Spagladam uprzejmie ale pytajaco na ksiedza.
MG_BJ: - Nazywa sie Anthony Marston -- mowi mlody wlasciciel jaguara.
  Szczerzy zeby i podaje wszystkim dlon.
  - General Macarthur -- kiwa na powitanie glowa starszy pan w mundurze, ale zachowuje rezerwe i nie wyciaga do nikogo reki.
Blore: Odklaniam sie.
  - Rozumiem ze panstwo rowniez w odwiedziny do pana Owena ?
Claythorne: - Owszem.
Lawrence: Kiwam twierdzaco glowa.
MG_BJ: - Panowie! - wola z lodzi sternik.
  - Wszystko gotowe, zapraszam na poklad.
  Ksiadz jest w tej chwili jedyna osoba, ktora nie przedstawila sie ani nie odezwala ani jednym slowem.
Blore: Badam wzrokiem zgromadzonych.
Armstrong: Ide powoli w strone lodzi niosac torbe.
Blore: Czekam chwile. Wzruszam ramionami i wsiadam.
ksiadz: Ide powoli w strone motorowki.
MG_BJ: Armstrong (doktor Armstrong?) wsiada na poklad jako pierwszy, Blore sadowi sie zaraz za nim.
Claythorne: Wchodze na poklad, nie czekajac.
MG_BJ: Nastepni sa ksiadz i mezczyzna w okularach, Victor Claythorne.
  Potem dosiadaja sie general Macarthur i wlasciciel jaguara, Anthony Marstone.
Lawrence: Powoli wsiadam na lodz.
Philip_Lombard: Pewnym krokiem przechodze na poklad, niosac na ramieniu sportowa torbe podrozna
MG_BJ: Na przystani zostal tylko Kenneth Broven.
Lawrence: - Moglbys mi pomoc, mlodziencze?
MG_BJ: Lodz kolysze sie zachecajaco.
  - Prosze pana! - wola sternik do Brovena.
Philip_Lombard: - Z przyjemnoscia! Prosze podac bagaz
Blore: Opieram sie o burte i wpatruje sie w morze.
Lawrence: Podaje - Dziekuje bardzo.
Claythorne: Ukradkiem zerkam na Brovena.
Lawrence: Powoli wchodze i siadam niepewnie.
Kenneth_Broven: Wsiadam do lodzi
MG_BJ: W lodzi jestescie juz wszyscy.
  Sternik uruchamia motor z charkotem.
  Silnik krztusi sie przez chwile, potem zaczyna rowno pracowac.
  Lodz odbija od przystani.
  Dziob zostaje nakierowany prosto na Whisper Isle.
  Jest jeszcze daleko, nie widzicie zadnych szczegolow.
  Niektorzy z was zauwazaja, ze general Macarthur przyglada sie kazdemu z was niepewnie i mruczy cos pod nosem.
  Wydaje sie zdziwiony.
Blore: Usmiecham sie do siebie. Nie zwracam uwagi.
  - Czas w droge.
MG_BJ: Lodz plynie, raznie pokonujac fale.
  - Panstwo na dlugo? - rzuca przez ramie sternik.
Armstrong: - Tylko na pare dni.
Philip_Lombard: "Szczerze mowiac ja tez jestem zdziwiony... Po co Borsukowi ta ca³a zgraja?"
MG_BJ: - Przedwczoraj zawiozlem tam sluzbe, lokaja i kucharke. W tej chwili nie ma tam chyba nikogo poza nimi.
  - A wlasnie, kto z panstwa jest wlascicielem? - oglada sie przez ramie.
Blore: - Czyli jest szansa na porzadny posilek ? - usmiecham sie.
Claythorne: Spogladam na sternika ze zdziwieniem.
MG_BJ: Nie doczekawszy sie odpowiedzi, sternik wzrusza ramionami i cos tam mruczy do siebie.
  - Posilek? - podchwytuje.
Armstrong: "Jak to, gdzie jest Donnel?"
MG_BJ: - Hm, no pewnie bedzie. Codziennie rano przyplywam na wyspe ze swiezym jedzeniem.
Blore: - Nie wiem jak szanowni panstwo
MG_BJ: - Zazwyczaj okolo osmej. Spizarnia w kazdym razie na pewno jest pelna.
ksiadz: Moje mysli metnieja na chwile. Ale nie daje poznac po sobie zmartwienia.
Blore: - Ale ja porzadnie zglodnialem
MG_BJ: Przeplyneliscie juz polowe drogi.
  Teraz widzicie, ze Whisper Isle jest raczej skalista.
  Posiadlosc wznosi sie na niskim plaskowyzu po prawej stronie.
  Po lewej stronie wyspy widzicie natomiast maly, osamotniony budynek.
  Na tle nieba odcina sie krzyz wienczacy jego dach. Prawdopodobnie kaplica.
  Posrodku rosnie mizerny zagajnik.
  Lodz zbliza sie do przystani.
Philip_Lombard: - Mowil pan, ze na miejscu jest tylko sluzba? Na pewno nie ma tam nikogo innego?
MG_BJ: - Hm, nie.
  - Z tego co wiem, to nie.
  - Ale niewykluczone, ze jutro pojawi sie jeszcze ktos i go panstwo przywioze - usmiecha sie
Blore: - Jest pan tu hmm... jedynym srodkiem transportu ?
Philip_Lombard: - A czy moze ma pan jutro kogos tutaj przywiezc, mialem zamiar spotkac sie tam ze starym znajomym
MG_BJ: - Tylko ja plywam na wyspe regularnie, ale w Tenby wiele osob ma motorowki.
  - Na wyspie znajduje sie radiostacja.
Philip_Lombard: - Och! To wszystko jasne..
MG_BJ: Lodz dobija do przystani.
  Sternik zrecznie cumuje, potem rozklada trap.
Philip_Lombard: - Zdaje sie ze na miejscu mozemy spodziewac sie wielu niespodzianek...
  Przeskakuje po trapie na brzeg
MG_BJ: - Jestesmy na miejscu - mowi sternik i pokazuje trap. Mozecie wysiadac.
Blore: Wychodze z Philipem.
  -Sadzi pan? - mowie do niego.
Philip_Lombard: - ...Nasz gospodarz od zawsze mial niebanalne poczucie humoru
Armstrong: Powoli wstaje i ide po trapie.
Blore: Usmiecham sie szeroko.
ksiadz: Patrzac przed siebie w dosyc nieodgadniony sposob, wychodze na brzeg.
Philip_Lombard: - Ach, zapomnialbym, panski bagaz, panie Lawrence!
Claythorne: Staje na brzegu i czekam na pozostalych.
Kenneth_Broven: Wychodze na brzeg
MG_BJ: Wszyscy wysiadacie z lodzi na deski mola, bagaze sa przekazywane z rak do rak.
Philip_Lombard: Pomagam staruszkowi usmiechajac sie zyczliwie
Blore: Rozgladam sie ciekawie po okolicy.
Lawrence: - Dziekuje.
  - Dziekuje bardzo.
MG_BJ: WSzyscy wysiedliscie.
  Sternik pokazuje dlonia stopnie prowadzace pod gore:
  - Tymi schodami i prosto do posiadlosci. Nie sposob nie trafic. Whisper Isle jest raczej mala - usmiecha sie.
  - Macie panstwo jakies specjalne zamowienia? Bede tu jutro rano, moge przywiezc, co bedziecie chcieli.
Blore: - Czy mozna stad nadac poczte ?
  pytam grzecznie.
MG_BJ: - Tak, oczywiscie.
  - Prosze dac mi listy jutro rano, a ja je zawioze na poczte w Tenby.
Blore: - Dziekuje. Zapewne skorzystam.
Armstrong: - Przepraszam, pan przyplywa tu tylko rano?
MG_BJ: - Hm, w zasadzie mozna mnie w dowolnej chwili wezwac radiostacja. Przyplyne w przeciagu godziny, gora dwoch.
Armstrong: - Hm.. Dziekuje. - usmiecham sie lekko.
MG_BJ: - A wiec, zycze milej zabawy!
  Sternik wskakuje do lodzi, uruchamia silnik, zawraca i odplywa.
Blore: Spogladam w kierunku schodow.
Armstrong: - No panowie, nie ma co tak stac, ruszamy!
MG_BJ: Ruszacie schodami pod gore.
Blore: - W sumie niedaleko.. -wdycham.
MG_BJ: Musicie sie wspiac mniej wiecej na wysokosc drugiego pietra.
  Po chwili orientujecie sie, ze jestescie mniej wiecej posrodku wyspy.
Blore: - Pan Owen musi miec stad piekny widok.
MG_BJ: Drozka prowadzi stad w trzy kierunki: Do zagajnika na wprost, do kaplicy po lewej stronie i do pietrowej posiadlosci na prawym brzegu wyspy.
  Widzicie, ze w drzwiach posiadlosci stoi jakas sylwetka.
  Powoli unosi reke, jakby was przywolywala.
Claythorne: Ide przed siebie z lekkim usmiechem na ustach.
MG_BJ: Ktoredy ruszacie?
Blore: Do posiadlosci.
Armstrong: Ide w strone sylwetki.
Lawrence: Ruszam ku posiadlosci.
Philip_Lombard: - Proponuje bysmy najpierw zwiedzili posiadlosc naszego gospodarza
Armstrong: - Nie uwaza pan, ze to troche niegrzecznie?
Kenneth_Broven: Ide do posiadlosci
MG_BJ: Ruszacie do posiadlosci drozka.
Blore: - Zdaje sie, wszystkiego dowiemy sie od tej tajemniczej postaci w drzwiach.
MG_BJ: Zauwazacie, ze na wyspie jest bardzo malo roslinnosci, wszedzie raczej widac gola skala.
  Jedyna "oaze" stanowi ow -- brzozowy, jak sie okazuje -- zagajnik.
Philip_Lombard: - Niegrzecznie byloby rozbiec mu sie po calej wyspie, mysle ze powinnismy po prostu zajac nasze apartamenty
Blore: - Zgadzam sie z panem Lombardem.
MG_BJ: Jestescie juz pod posiadloscia. W drzwiach czeka na was mezczyzna w surducie lokaja.
Philip_Lombard: - Nie jestesmy przeciez na wojnie...
Lawrence: - Tak, ma Pan racje, Peni Lombard. Odpoczniemy na miejscu.
MG_KL: Lokaj klania sie grzecznie
  - Witam szanownych panstwa
Claythorne: Klaniam sie rowniez.
  - Dobry wieczor.
Lawrence: - Dobry wieczor.
Armstrong: - Dobry wieczor.
Philip_Lombard: - Dobry wieczor! Czy jestesmy o dobrej porze?
MG_KL: - Panstwo pozwola ze pokaze im ich pokoje a potem zapraszam do salonu.
  - Tak tak, jak najbardziej
Blore: - Czy bedziemy miec przyjemnosc spotkania z panem domu ?
MG_KL: - Niestety, prosze pana, pana Owena nie ma.
Claythorne: - Kiedy mozemy sie go w takim razie spodziewac?
MG_KL: - Mial przyplynac z wami - na twarzy lokaja pojawia sie wyraz zdziwienia i znika - Widocznie przybedzie pozniej.
  - A teraz, prosze za mna.
ksiadz: Patrze w strone kaplicy.
Armstrong: Robie lekko zdziwiona mine i ide za lokajem.
Lawrence: - Coz, wejdzmy do srodka.
MG_BJ: Lokaj oprowadza was po posiadlosci.
  Ma tylko jedno pietro, ale zauwazacie rowniez zejscie do piwnicy i wejscie do spizarni.
  *wejscie na poddasze.
  Na parterze znajduje sie duzy, elegancko umeblowany salon, ktory sluzy jednoczesnie za jadalnie -- przy jednej ze scian ustawiono duzy stol i wiele krzesel.
Armstrong: Licze krzesla.
MG_BJ: Dziewiec krzesel. I dziewiec nakryc.
  W kuchni krzata sie kobieta, ktora lokaj przedstawia jako swoja zone Ethel.
  Na tylach domu znajduje sie rowniez otoczony zywoplotem ogrod, do ktorego mozna przejsc z glownego korytarza na parterze.
  Widzicie tez, ze z domem sasiaduje niewielka szopa. Trzymane sa w niej zapewne narzedzia ogrodnicze.
  Zostajecie zaprowadzni na pietro.
  Po obu stronach korytarza znajduje sie jedenascie drzwi.
  Za kazda znajduje sie mala, przytulna, gustownie urzadzona sypialneka.
  Kazdemu z was zostaje przydzielone jeden taki pokoj -- dwa ostatnie pozostaje zamkniete.
  Mozecie rozlozyc w nich bagaze.
MG_KL: - Za mniej wiecej godzine podamy kolacje. - mowi na odchodne lokaj. - Czy czegos sobie jeszcze panstwo zycza?
Blore: - Dziekuje, gdzie mozna tu skorzystac z toalety ?
Philip_Lombard: - Dziekuje, mysle ze poradzimy sobie ze wszystkim
MG_KL: - Na parterze, na koncu korytarza. Zaprowadzic pana?
Blore: - Nie trzeba, trafie - usmiecham sie. - Dziekuje bardzo.
Lawrence: Wchodze do swojego pokoju.
MG_BJ: Cala posiadlosc jest nowoczesnie urzadzona i jasno oswietlona.
Blore: Klaniam sie towarzyszom i udaje sie do pokoju.
Kenneth_Broven: Rowniez ide do swojego pokoju
MG_BJ: Niektorzy z was przypuszczali, ze bedzie to wiktorianski dom pelen mrocznych zakamarkow... Te osoby pomylily sie.
  - Fajna chata - stwierdza z zachwytem Marstone.
ksiadz: Ide do swojego apartamentu.
MG_BJ: Ksiadz nadal nie odezwal sie do nikogo ani slowem. Zachowuje sie dosc... dziwnie.
Armstrong: Ide do swojego apartamentu
Kenneth_Broven: ide do salonu
ksiadz: Pozostaje w apartamencie.
 
 
MG_BJ: POKOJ ARMSTRONGA
Armstrong: Wchodze do pokoju.
MG_BJ: Jestes w swojej sypialni.
Armstrong: Zamykam drzwi i rozgladam sie.
MG_BJ: Okno, poscielone lozko, nocny stolik, szafa na ubrania.
Armstrong: Torbe lekarska klade na lozko, otwieram torbe i wieszam rzeczy w szafie.
MG_BJ: Szafa jest pusta -- nie liczac wieszakow.
  Po dziesieciu minutach jestes rozpakowany.
Armstrong: Otwieram okno i wygladam przez nie oddychajac swiezym powietrzem.
MG_BJ: Rozciaga sie stad widok na poludniowa czesc wyspy, a wiec widzisz fragment zagajnika i wiodaca do niego drozke.
  Poza tym morze, wszedzie dokola morze.
Armstrong: Po chwili zamykam je i wychodze z pokoju zamykajac go na klucz, po czym kieruje sie do lazienki.
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
  Lazienka musiala niedawno zostac dokladnie wyczyszczona, pachnie chemikaliami.
  Wanna, umywalka, sedes. I nieskazitelna biel kafelkow.
Armstrong: Zamykam drzwi, podchodze do sedesu, podnosze klapke i odlewam sie.
  gdy skoncze zapinam rozporek i myje rece.
MG_BJ: Wszystko zrobione.
  W mydelniczce jest swieza kostka mydla.
Armstrong: "Nieskazitelnie czysto... Jak w Harley.."
  Wychodze do salonu.
 
 
MG_BJ: SALON
MG_KL: Claythorne i Blore wchodza do salonu.
  Poza nimi pomieszczenie jest puste
Blore: Szukam czegos do siedzenia.
MG_KL: Pod sciana znajduja sie kanapy i stoliki do kawy
Claythorne: Siadam na kanapie.
MG_KL: naprzeciw wejscia znajduja sie duze drzwi balkonowe
Blore: - Moge sie przysiasc? - pytam z usmiechem.
Claythorne: Usmiecham sie uprzejmie w strone Blore'a.
MG_KL: prowadzace do ogrodu
Claythorne: - Oczywiscie, prosze bardzo.
Blore: Siadam.
  - Mam nadzieje, ze nie kaza nam dlugo czekac. Porzanie juz zglodnialem.
MG_KL: Do pokoju wchodzi Lombard
Blore: - Witamy szanownego pana.
MG_KL: Widzi siedzacych na kanapach pod sciana Blorea i Claythorne'a
Philip_Lombard: - Witam! Przepraszam ze tak dlugo, ale musialem przepakowac pare rzeczy z bagazu
Claythorne: - Przyznacie panowie, ze znajdujemy sie w dosc nietypowej sytuacji? - usmiecham sie lekko.
Blore: - Nie da sie ukryc.
MG_KL: Do salonu wchodzi lokaj, podchodzi do stolu, cos uklada.
  Po chwili odzywa sie do was
  - Jezeli panowie sobie zycza, stoi otwarty barek - pokazuje reka na dosc znacznych rozmiarow barek przy drzwiach
Philip_Lombard: - Nasz gospodarz z pewnoscia chce nas podjac jakas niezwykla niespodzianka i stad to opoznienie
MG_BJ: W salonie pojawia sie rowniez general Macarthur.
Blore: - Byc moze.. byz moze
Philip_Lombard: - Och! Skorzystamy z nieukrywana przyjemnoscia
MG_KL: Lokaj klania sie lekko i wychodzi
Claythorne: - A... od jak dawna znaja sie panowie z Samem?
MG_BJ: - Przepraszam panow - mowi uprzejmie, ale nieco sztywno general, nie siadajac.
Blore: - Tak ?
MG_BJ: - Czy jestecie wszyscy cywilnymi sztabowcami?
Blore: Spogladam na niego ze zdziwieniem
  - A coz znaczy to zawile okreslenie ?
MG_BJ: - Hm... A moze po prostu zdecydowaliscie sie przyjechac bez mundurow? - usmiecha sie zacisnietymi ustami general Macarthur.
Claythorne: Marszcze brwi, lecz po chwili staram sie usmiechnac.
Blore: - Bardzo mi przykro, ale nie mam nic wspolnego z wojskiem
Claythorne: - Przepraszam?
MG_BJ: W salonie pojawia sie Kenneth Broven.
  - Hm... Myslalem, ze zaproszono mnie na zlot weteranow wojennych - mowi jakby do siebie general.
  - Widocznie zaszla... - mruczy cos i wycofuje sie z pomieszczenia.
Claythorne: - Chwileczke!
Blore: - Alez prosze siadac
MG_BJ: General zamyka za soba drzwi nie zwracajac uwagi na okrzyk Victora.
Philip_Lombard: - Sluzylem kiedys w marynarce, pozniej zas zdobylem stopien kaprala, ale przeszedlem do cywila
Blore: - Ale nie przybyl pan.. na hmm.. Zlot ?
Philip_Lombard: - Hmmm... czy powiniennem byl jednak odkurzyc ten mundur?
MG_BJ: - Byliscie w ogrodzie? - do salonu dziarsko wkracza Marstone, mlody chlopak, wlasciciel jaguara.
Claythorne: - Nie, choc tam wlasnie chyba powinienem sie udac...
Philip_Lombard: - Nie, przybylem powspominac dawne czasy, jednak daleko mi do bycia weteranem
Blore: - Jeszcze nie mielismy okazji.
Armstrong: - Witam panow.
MG_KL: Do salonu wchodzi Armstrong
Blore: - Witamy
MG_KL: Widzisz rozmawiajacych claythorne'a blore'a i generala
Claythorne: Witam Armstronga skinieniem glowy.
MG_BJ: - Wypas - mowi z zachwytem Marstone.
  - Chata w deche.
Philip_Lombard: - Nie bylismy w ogrodzie. Czy zauwazyl pan cos dziwnego?
MG_BJ: - Nie, nie, nic dziwnego.
Claythorne: - Czy spotkal pan w ogrodzie ogrodnika?
MG_BJ: - Nie moge sie juz doczekac jutra, zeby wylegiwac sie tam caly dzien w sloncu.
  - Nie, nie, nikogo tam nie bylo.
Blore: Wstaje z kanapy i kieruje sie do barku.
MG_BJ: - Na wyspie jest chyba tylko nasza dziewiatka, no i sluzba.
Blore: - Widze tu niezla kolekcje.
Philip_Lombard: - Ach! Oczywiscie. Osobiscie spodziewalem sie ponurego zapomnianego przez Boga zamczyska, a tu taka mila niespodzianka.
Blore: - Co panowie wypija ?
Armstrong: - Dziekuje, nie pije.
Claythorne: - Ja rowniez dziekuje, moze potem.
MG_KL: Rozgladajac sie po salonie, zauwazacie szklana gablotke
Philip_Lombard: - Szkocka z lodem, kapeczke tylko
Armstrong: - Panowie, kim jest ten pan Owen?
Philip_Lombard: [ Co w niej sie znajduje?
Blore: Szykuje szejka, sobie nalewam jakiegos likieru.
Claythorne: - Z tego, co mi wiadomo, jest wlascicielem posiadlosci.
MG_KL: Jest zamknieta na klucz. W srodku znajduje sie 11 porcelanowych figurek zolnierzykow
Blore: Podaje Lombardowi szejka, siadam na kanapie.
MG_KL: Do salonu wchodzi ksiadz
Armstrong: Niech bedzie pochwalony.
Claythorne: - Czy to pan Owen wlasnie zaprosil panow na wyspe?
Blore: - Zgadza sie.
Armstrong: - Ja go nawet nie znam.
Kenneth_Broven: - Ja tez nie
ksiadz: - Na wieki wiekow. - dosiadam sie gdzies w oddali, nieopodal okna.
Armstrong: - Ja zostalem zaproszony przez wuja Donnella.
  "O, odezwal sie w koncu!"
Claythorne: - Coz... mnie samego zaprosil tutejszy ogrodnik...
Blore: Spogladam na ksiedza -Czy ojciec... Wskazuje ostroznie na kieliszek.
Claythorne: -...ktorego na wyspie nie ma.
MG_BJ: - Zaraz, zaraz - chrzaka glosno Marstone.
Philip_Lombard: - Musze powiedziec, ze moje zdumienie jest jeszcze wieksze, gdyz nie znam zadnego pana Owena, a zaprosil mnie moj stary kumpel... od interesow
Blore: - Ogrodnik? - mowie lekko zdiwiony.
Armstrong: - Wyglada na to, ze kazdy zostal zaproszony przez kogos, kogo nie ma.
MG_BJ: - Nikt z was nie zna Jonesow?
Claythorne: - Kogo?
MG_BJ: - No, Jonesow - mruga oczami Marstone. - To nie jest ich chata?
Armstrong: - Nie.
MG_BJ: - Zaraz, zaraz - podrywa sie z sofy, potem znow na nia opada.
Armstrong: - Myslalem ze to dom wuja Donnella.
ksiadz: Patrze prezz chwile na Blore'a. Krece glowa w przeczeniu.
MG_BJ: - Jest jeszcze jakas Whisper Isle w Devonie?
Blore: - Smiem watpic.
Armstrong: - Panowie, cos mi tu nie pasuje...
Blore: - Nie podlega watpliwosci, ze wszystkich nas spodziewano sie tutaj.
Claythorne: - Prosze ksiedza? - pytam niepewnie.
Armstrong: - Czy kazdy z was zostal zaproszony przez kogos, czyj ten dom mial niby bc?
MG_BJ: - Ha! - Marstone nalewa sobie kieliszek wodki. - Ot, zagadka.
Philip_Lombard: - Hmmmm... Teraz brakuje tylko tego zeby zepsula sie radiostacja, a lokaj zaczal czynic dziwne alujze do Transylwanii
Blore: Usmiecham sie.
Armstrong: - Co do lokaja... Moze sie spytamy kto jest wlascicielem domu?
Blore: - Swietny pomysl.
Philip_Lombard: - Mozemy tez sprawdzic, czy pan domu nie odpoczywa na strychu wsrod nietoperzy
ksiadz: Patrze pytajaco na Victora.
Blore: - Panie Lobard...
Armstrong: - I gdzie jest ta radiostacja?
Philip_Lombard: - Hehe, tak, mysle ze to najbardziej rozsadne rozwiazanie.
MG_KL: [ Mozecie wezwac lokaja. W salonie jest dzwoneczek.]
Claythorne: - A ksiadz? W jakim celu ksiadz znalazl sie na wyspie, jesli moge spytac?
Armstrong: - Wiem!
Blore: Poprawiam sie z kieliszkiem na kanapie.
Armstrong: - Oczyscic dusze pana domu ze zla...
  - Jak was tutaj zaproszono?
ksiadz: - Przybylem tu, by udzielic swietego sakramentu malzenstwa corce pana domu.
Claythorne: - Ach.
Blore: - listownie, zostalem zaproszony przez pana Owena
Philip_Lombard: Listownie, czy ma ktos moze tutaj swoje zaproszenie? Moglibysmy porownac pismo.
Armstrong: - Chyba ja mam, w pokoju.
Blore: - Niestety.
Armstrong: - Ale podkreslam chyba.
ksiadz: - Ja mam przy sobie.
MG_KL: Do salonu wchodzi Wargrave
Lawrence: - Dobry wieczor Panstwu.
Armstrong: [ za ile kolacja? ]
MG_BJ: Krotko po nim pojawia sie Macarthur.
  Bez slowa siada w fotelu, strzepujac jakies pylki z mankietu.
Philip_Lombard: - Czy mozna?
  [ Porownuje swoje zaproszenie z tym od wielebnego
Claythorne: - Zaproszenie mam przy sobie.
MG_KL: Do salonu wchodzi lokaj
Claythorne: Podaje kartke z listem Lombardowi.
Lawrence: - Czyzby mnie cos ominelo?
Armstrong: - Kto pana zaprosil na Whisper Isle?
MG_KL: - Prosze panstwa, za chwile podamy kolacje. Zechca panstwo usiasc - wskazuje na stol
ksiadz: Wyciagam powoli list, czytam jeszcze raz przed przekazaniem.
Philip_Lombard: [ Wynik porownania 3 zaproszen?
Blore: Przesiadam sie do stolu.
Armstrong: Siadam kolo Blore'a
MG_KL: Lokaj przyglada wam sie chwile obojetnie
Philip_Lombard: - Przepraszam, chcialbym o cos zapytac.
MG_KL: [ lokaja?
Philip_Lombard: [ tak
MG_KL: - Tak slucham/
Lawrence: Siadam przy stole.
Philip_Lombard: - Obawiamy sie, ze mogla zajsc jakas pomylka. Jak nazywa sie wlasciciel tej posesji?
MG_KL: - Pan Owen - mowi lokaj ze zdziwieniem.
Blore: Usmiecham sie.
Armstrong: Spogladam na lokaja - Zna pan pana Roberta Donnella?
MG_KL: - Nie, prosze pana. Pierwsze slysze
Claythorne: - A Sama Stevensa?
MG_KL: - Tez nie.
Philip_Lombard: - Ach! To dobrze. Po prostu zostalem zaproszony przez starego kumpla, ktory nie wspomnial slowam o panu Owenie, i myslalem czy to nie jego obecny dom. Dziekuje
Claythorne: - Dziwne.
Armstrong: - Czy wielu ludzi sie podaje za wlascicieli tej pposiadlosci?
MG_KL: - Slucham?
Blore: - Dziwne pytanie..
Armstrong: - Prosze pana, ile pan tu czasu pracuje? Przepraszam za wscibstwo...
MG_KL: - Zostalismy przyjeci tydzien temu prosze pana.
ksiadz: - Czy pan Owen w istocie ma corke, ktora ma wyjsc za maz? - pytam surowym tonem lokaja
Philip_Lombard: - Coz, charaktery pisma na naszych zaproszeniach sa istotnie rozne. Widocznie pan Owen polecil napisac niektore z nich osobom przez nas znanym, to wszystko...
Armstrong: - Ale skad mogl je znac?
MG_KL: - Czy to wszystko panowie?
ksiadz: Biore list z powrotem.
Claythorne: Odbieram list.
Blore: - Sadze, ze wszystko sie niedlugo wyjasni.
Armstrong: - Panowie, kiedy dostaliscie te listy?
Philip_Lombard: - Moj stary kumpel duzo jezdzil po swiecie, poznawal roznych ludzi, a nie widzielismy sie dawno. Pewnie uznal swa znajomosc z naszym gospodarzem za fakt oczywisty
MG_KL: - Nie wiem prosze pana. Nie widzialem jeszcze pana Owena.
  - Ani jego rodziny
Claythorne: - Nie? Wiec jak was zatrudniono?
MG_KL: - Przez firme Palmer's prosze pana.
Armstrong: - Dobrze panowie, nie ma po co na razie rozmyslac nad tym. Podziekujmy Bogu za posilek, zjedzmy, jutro zobaczymy co bedzie, jak przyplynie gospodarz.
Philip_Lombard: - Czy ktos z obecnych tu dzentelmenow zna osobiscie mr Owena?
  Popijam powoli moja szkocka.
Lawrence: Kiwam przeczaco glowa.
Claythorne: - Nie, niestety.
MG_KL: Lokaj wychodzi po cichu z salonu
Armstrong: - Dopiero sie o nim dowiedzialem.
ksiadz: - Pan Owen faktycznie tu mieszka.
  - Znam osobiscie jego proboszcza.
Armstrong: - To dlaczego proboszcz nie udzieli sam slubu corce pana Owena?
MG_KL: Podczas waszej konwersacji wchodzi ponownie lokaj
Philip_Lombard: - Zawsze to cos. Ale Owena osobiscie nie?
MG_KL: Niesie tace a na niej miski z jedzeniem
Armstrong: - No, to teraz musimy to zostawic na potem.
ksiadz: - Dotknela go choroba.
MG_KL: Duszone ozorki, surowki, poledwiczki cielece...
ksiadz: - Pana Owena nie.
Armstrong: Na widok ozorkow automatycznie odwracam wzrok.
Blore: Zabieram sie do jedzenia.
MG_KL: Rozstawia to na stole po czym wychodzi i wraca z butelka czerwonego wina
MG_BJ: - No, wreszcie zarcie - zaciera rece Marstone, ktory zdazyl juz wypic ze dwie piecdziesiatki wodki.
MG_KL: Rozlewa wszystkim do kieliszkow.
MG_BJ: Siada obok Blore'a i rowniez zaczyna palaszowac.
Claythorne: Zasiadam do stolu.
MG_BJ: - Mmm, pychotka.
Armstrong: - Przepraszam, ja nie pije.
Philip_Lombard: - Mniam! Mysle ze gospodarz swa chwilowa nieobecnosc wynagradza nam nader sowicie.
Claythorne: - Tylko ze ja nie do gospodarza... - urywam.
Armstrong: Spogladam na ksiedza
Lawrence: - Skad Panowie pochodza?
ksiadz: Patrze na alkohol i na Marstone'a.
MG_BJ: General Macarthur dosiadl sie jako ostatni.
Philip_Lombard: "Cholera! Tak sie nie rekrutuje zadnej zalogi. Z reszta, co to za ludzie?! Szczegolnie ten dzieciak z Jaguarem. Albo ksiadz. Po cholere ksiadz?! Sprawa smierdzi."
Armstrong: Nakladam sobie jedzenie - Mieszkam w Londynie.
MG_BJ: Trudno sie zorientowac, czy general tak chrapliwie oddycha, czy ciagle cos do siebie mruczy pod nosem.
  Wyglada na... zakolowanego.
ksiadz: - Wino dla ludzi jest zyciem, jezeli pic je bedziesz w miare.
Lawrence: Nakladam sobie skromnie jedzenia.
Armstrong: Na slowa ksiedza przechodza mnie dreszcze
ksiadz: - Ale udreczeniem dla duszy jest wino pite w nadmiernej ilosci, wsrod podniecenia i zwady.
Lawrence: - Co racja to racja.
  - Wino w nadmiarze, jak wszystko, szkodzi.
ksiadz: - Pijanstwo powieksza szal glupiego na jego zgube, oslabia sily i sprowadza rany.
Lawrence: - Ale coz... nie zmienia to faktu, ze jest dobre, prawda.
Philip_Lombard: - A czy general zna moze mr Owena?
Blore: - Wyborne
ksiadz: Mowie to bardzo powaznym tonem, majac zamkniete oczy.
Armstrong: - Prosze ksiedza, ksiadz sie jeszcze nie przedstawil...
Philip_Lombard: - Po prawdzie zostalem tu zaproszony przez kolege z wojska, ale bynajmniej nie jestesmy jeszcze weteranami.
MG_BJ: - Nie, nie - mowi general w przerwie pomiedzy kesami.
ksiadz: Patrze na Amstronga.
  - I powiedziano do Koryntian: Po czesci tylko poznajemy, po czesci prorokujemy.
Philip_Lombard: - Stacjonowalismy kiedys w 27 Pulku Piechoty, obaj ze stopniem kaprala. Potem przeszlismy do cywila.
ksiadz: - Ale nazwisko moje moze byc poznane. Nazywam sie Emil Brent.
MG_KL: Powoli konczycie jesc
Lawrence: - Wyborny posilek.
Claythorne: - Mam nadzieje, ze wszystko sie wkrotce wyjasni. - mowie, wycierajac usta serwetka.
Kenneth_Broven: - Faktycznie, nizly
Lawrence: - Nie martwmy sie na zapas.
Armstrong: - Dawno nie jadlem takiej kolacji...
Lawrence: - Na wszystko jest czas i miejsce.
MG_KL: Lokaj zaprasza was, byscie usiedli na kanapach. Za chwile poda kawe.
Philip_Lombard: "Ten general nie poprowadzilby do boju nawet tych figurek z tej szklanej gablotki"
MG_KL: Po czym zbiera ze stolu czesc talerzy i wychodzi
Blore: - Przeprawszam panstwa na chwile, natura wzywa - wstaje i ide w kierunku drzwi.
MG_BJ: - Ale sie najadlem - wzdycha Marstone.
  - Mam nadzieje, ze jutrzejsza kolacja bedzie rownie dobra.
Claythorne: Chwile jeszcze siedze na krzesle, po czym rozsiadam sie na kanapie.
Armstrong: "Ten ksiadz jest jakis dziwny..."
  "Ale czego sie spodziewac, w koncu to ksiadz."
MG_BJ: - Panowie, co mamy w planie na dzisiejszy wieczor?
Armstrong: Wstaje z krzesla i siadam na kanapie.
Blore: Wracam. Szukam sobie miejsca i rowniez siadam.
Philip_Lombard: Odstawiam nidopita szkocka. "Lepiej dzis nie tracic koncentracji"
Armstrong: - Wie ktos gdzie znajduje sie radiostacja?
Lawrence: Ziewam lekko, zakrywajac usta - Przepraszam.
Kenneth_Broven: - Hmm, dobre pytanie
Philip_Lombard: Rozkladam sie wygodnie na kanapie.
MG_KL: Do salonu wchodzi lokaj z taca kawy.
  Staje przed kazdym i stawia filizanke
Armstrong: - Przeprasza, gdzie jest radiostacja?
Philip_Lombard: - Odrobina luksusu nam dzis chyba nie zaszkodzi. Bardzo piekne miejsce.
MG_KL: Napoj jest czarny i bardzo aromatyczny.
Armstrong: Siegam p kawe.
MG_KL: - Jaka radiostacja, prosze pana?
Armstrong: - Jak to JAKA?
  - Radiostacja. Maszyna do komunikacji...
MG_KL: - Tutaj nie ma zadnej radiostacji prosze pana. A przynajniej ja o zadnej nie wiem....
Philip_Lombard: - Niech zgadne? W tym budynku...?
Armstrong: "Cholera!"
Philip_Lombard: - Czyli jedyny kontakt z ladem jest poprzez przewoznika?
MG_KL: Lokaj wzrusza ramionami i podchodzi do gramofonu
  - Tak, prosze pana.
Philip_Lombard: "Teraz czas na jakis wampiryczny przeboj z dawnych lat"
MG_KL: Wyjmuje ze stosu jakas plyte, kladzie ja i wlacza
  po czym rusza do kuchni
Blore: - Nie znam tego utowru...
Armstrong: "Ladna piosenka..."
Philip_Lombard: - Hmmmm... odrobina klasyki w dobrym smaku, nieprawdaz?
MG_BJ: - Ech, nie lubie jazzu - zali sie Marstone.
Armstrong: - A co pan woli?
MG_BJ: - Hm, chyba predzej blues.
Philip_Lombard: "Cholera! W nocy trzeba bedzie rozejrzec sie po tym miejscu"
Blore: Popijam kawe.
Lawrence: - Po odrobinie szkockiej z pewnoscia polubi Pan jazz - usmiecham sie lekko.
Armstrong: Dopijam kawe i wstaje - Panowie, wybaczcie ze was opuszczam, ide na spacer po ogrodzie...
  Wychodze i ide do ogrodu
EmilBrent: Patrze zdziwiony na gramofon.
Lawrence: - Skad Pan pochodzi Panie...
Armstrong: - Co to?
MG_BJ: Armstrong wraca szybko do salonu.
  Gramofon niespodziewanie zaczyna odtwarzac dziwne nagranie.
  Znieksztalcony glos mowi glosno i donosnie.
 
MG_BJ: "Panie i panowie, prosze o cisze.
  Wszyscy jestescie postawieni w stan oskarzenia.
  Edward Armstrong jest odpowiedzialny za spowodowanie smierci Louisy Clees 14 marca 1950 roku.
  Emil Brent przyczynil sie do smierci Beatrix Taylor 5 listopada 1947 roku.
  William Blore spowodowal smierc Jamesa Landora 10 pazdziernika 1948 roku.
  Kenneth Broven doprowadzil do smierci Alexandra Charlestona 3 marca 1951 roku.
  Victor Claythorne zabil 11 sierpnia 1951 roku nastoletniego Cyryla Hamiltona.
  Philip Lombard w lutym 1949 roku spowodowal smierc 21 mezczyzn, wojownikow jednego ze szczepow wschodniej Afryki.
  John Gordon Macarthur rozmyslnie spowodowal smierc kochanka swej zony, Arthura Richmonda, 14 stycznia 1917 roku.
  Anthony Marston zabil 14 listopada 1949 r. Johna i Lucy Combes.
  Thomas i Ethel Rogers zamordowali Jennifer Brady 6 maja 1939 roku.
  Lawrence Wargrave jest winny morderstwa popelnionego na Edwardzie Setonie 10 czerwca 1940 roku.
  Oskarzeni, ktorzy stoicie przed trybunalem. Czy mozecie powiedziec cos na swoje usprawiedliwienie?