MG_BJ: SALON
  - Klamstwo - zrywa sie general. Po chwili opada na sofe.
Philip_Lombard: "Przeciez! Nikt o tym nie wiedzial! Tylko Borsuk..."
Lawrence: - Coz to..
Armstrong: - CHOLERA!
MG_BJ: Plyta zatrzymuje sie.
MG_KL: Slychac trzask upuszczanej tacy
Philip_Lombard: - 21 Wojownikow w Afryce?! Co to za farsa?!
MG_BJ: - Zaraz, zaraz, co to ma byc? - podnosi sie Marston. Jest juz lekko podpity.
MG_KL: i krzyk kobiety
Lawrence: - Coz to ma znaczyc?
MG_KL: Dochodzi zza drzwi za ktorymi zniknal lokaj
MG_BJ: W salonie wybuchl maly rozgardiasz, czesc osob poderwala sie z foteli i kanap.
Kenneth_Broven: - Niczemu nie jestem winny! To jakas niedorzecznosc
Claythorne: Nieruchomieje, robie sie bialy, jak sciana.
Armstrong: Opadam na podloge
Philip_Lombard: "Wypieranie sie nic nie pomoze, widac po nich, ze kazdy tez uslyszal prawde o sobie"
EmilBrent: "O co chodzi? Nic nie uslyszalem..."
MG_BJ: - Arthur Richmond... Arthur Richmond... - powtarza bez sensu general.
Armstrong: "Moglem isc na spacer..."
Lawrence: - Spokojnie, Panowie, spokojnie!
Armstrong: - Co to bylo...
MG_KL: Do pokoju wbiega blady jak sciana lokaj
EmilBrent: Chwile mysle, ukladam dzwieki, w koncu pojalem sens przemowy.
Kenneth_Broven: - Nic dziwnego ze nie ma pana Owena
Lawrence: - To chyba jakies zarty...
Philip_Lombard: Caly czas siedze na kanapie. Staram sie zachowac niewzruszona twarz
MG_KL: - Panie Armstrong, moja zona...
Philip_Lombard: - Co sie stalo?!
Armstrong: - C-co?
Lawrence: Wstaje.
Claythorne: - O co... o co... - nie potrafie wykrztusic z siebie pelnego zdania.
MG_KL: - Moja zona... Lezy nieprzytomna w kuchni...
Armstrong: - Juz ide!
Lawrence: - Na milosc boska...
Armstrong: Biegne do kuchni.
Kenneth_Broven: Ide szybkim krokiem do kuchni za lekarzem
EmilBrent: - Nie wzywaj imienia Pana swego nadaremno.
Lawrence: Ide spiesznym krokiem do kuchni.
Claythorne: Zszokowany, wciaz siedze w bezruchu.
Blore: Ide do kuchni.
EmilBrent: Ide powoli do kuchni.
Philip_Lombard: Podchodze do gramofonu. Puszczam jeszcze raz oskarzenie.
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
Armstrong: Podbiegam do ethel i sprawdzam czy zyje.
MG_KL: obok nie lezy taca
  Zyje
  Jest nieprzytomna
  Chyba w szoku
Lawrence: - Czy wszystko w porzadku?
MG_BJ: Na tacy ustawione byly kubki z herbata.
Armstrong: - Nic jej nie jest.
MG_BJ: Teraz cala podloga jest zalana.
Armstrong: - Trzeba ja ocucic.
  Probuje ocucic Ethel.
MG_KL: kobieta powoli odzyskuje przytomnosc
Armstrong: - Co sie stalo?
MG_KL: Jest blada jak sciana
Armstrong: Pomagam Ethel wstac.
Lawrence: - Czy wszystko w porzadku, droga Pani?
MG_KL: Wstaje chwiejnie, po czym znowu mdleje
Armstrong: - Cholera!
Lawrence: - Zaniesmy ja do salonu.
Armstrong: Sprawdzam czy dalej zyje.
MG_KL: Tak tak
Armstrong: - Dobre, niesiemy!
MG_KL: Lokaj pomaga ci niesc swoja zone
Armstrong: "Cholera..."
EmilBrent: Wychodze.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  Brent zamiast z powrotem do salonu, udal sie do kaplicy.
EmilBrent: Rozgladam sie po kaplicy.
MG_BJ: Male, surowo urzadzone pomieszczenie.
  Prosty, drewniany oltarz, nad oltarzem krzyz.
  Dwie drewniane lawki naprzeciwko.
EmilBrent: Klekam pod krzyzem, skladam rece i modle sie.
MG_BJ: Odpowiada ci szept wiatru obijajacego sie o nieszczelne sciany kaplicy.
EmilBrent: Przezegnuje sie i powoli ide spowrotem w strone domostwa.
 
 
MG_BJ: SALON
  - To nieprawda - mowi drzacym glosem Macarthur.
  Siega reka po kieliszek uprzednio napelniony whiskey.
  Wychyla jednym haustem.
  Pozostali wracaja z kuchni niosac nieprzytomna Ethel.
  Macarthur wypil chyba alkohol za szybko, bo zaczyna sie krztusic.
  Krztusi sie, coraz gwaltowniej.
  Zrywa sie z kanapy, lapie rekoma za szyje, charczy, oczy wychodza generalowi na wierzch.
  Z gardla Marcarthura dobiega jakis potworny bulgot.
Claythorne: Otrzasam sie.
Armstrong: - Co mu jest?
MG_BJ: A potem... Potem general przewraca sie jak dlugi na stol.
Kenneth_Broven: Odsuwam sie pare krokow
MG_BJ: Z monstrualnym trzaskiem cala zastawa idzie w rozsypke.
  Wierzga przez chwile nogami, po czym nieruchomieje.
Lawrence: - Do diaska! - cofam sie kilka krokow.
Armstrong: Podbiegam do generala i sprawdzam puls
Claythorne: - Zaczal sie... krztusic... i... - przerazony patrze na generala.
Philip_Lombard: - Pierwsza smierc...
MG_KL: Armstrong i Lokaj ukladaja kobiete na sofie
  Lokaj dyskretnie podaje jej odrobine whisky
Philip_Lombard: Podchodze do lokaja.
Lawrence: - Smierc... o czym Pan mowi?!
MG_BJ: Cala podloga jest zasypana potrzaskanym szklem, zalana kawa i alkoholem.
Lawrence: - Co tu sie dzieje...
Philip_Lombard: - Co sie stalo panskiej zonie?
MG_BJ: Posrodku tego wszystkiego lezy Macarthur, na brzuchu, w swoim mundurze.
  Nie rusza sie.
  Kleczy przy nim Armstrong.
Lawrence: Podchodze do niego.
Armstrong: Podbiegam do generala i srawdzam czy zuje.
Claythorne: -
Lawrence: Klekam obok Pana Armstronga.
Armstrong: - Co sie stalo?
MG_KL: General nie zyje
Claythorne: - On nie...? - pytam drzacym glosem.
Armstrong: - Umarl...
Kenneth_Broven: - Panie Lombard, co ma pan na mysli ?
MG_KL: Za to Ethel czuje sie troche lepiej. Lokaj mowi cos do niej cicho
Lawrence: Kiwam w milczeniu glowa.
Armstrong: - Co sie stalo generalowi o tym jak wybieglem?
Philip_Lombard: - Wpadlismy w rece jakiegos szalenca, ktory wymyslil wobec nas te wszystkie zarzuty, a teraz chce nas ukarac.
MG_BJ: - O kurwa - Marston klapnal na krzesle przy stole, gdzie spozywaliscie kolacje.
  Jest juz mocno podpity.
Lawrence: - To szalenstwo.
Armstrong: "Nie.. Nie moge..."
Philip_Lombard: - Bo nic z tego nie zdarzylo sie naprawde, czyz nie?
Kenneth_Broven: - Sadzi pan ze to pan Owen ?
Armstrong: - Panowie, dzialajac w chaosie nic nie osiagniemy. Siadnijmy i porozmawiajmy.
Lawrence: - Uspokojcie sie Panowie.
  - Pan Armstrong ma racje.
Claythorne: - O... czywiscie, ze sie nie zdarzylo. - powaznieje i siadam na kanapie, z dala od ciala generala.
Lawrence: - To powazna sytuacja. Wymaga powaznego przemyslenia sytuacji.
Armstrong: - Mozecie teraz odpowiadac na moje pytania?
  Podchodze do Ethel - Dobrze sie pani czuje?
Kenneth_Broven: - Doktorze co sie stalo generalowi ?
Armstrong: - Zmarl.
Philip_Lombard: Mowie do ucha lokajowi: - Nie przedstawili sie panstwo, ale nazwisko wasze brzmi Rogers, prawda?
Kenneth_Broven: - Tyle widze
  - Jak ?
MG_KL: Lokaj patrzy blady na Lombarda - Tak, prosze pana
Armstrong: - Prosze pani?
MG_KL: - Juz.. juz mi lepiej.
Armstrong: - Co sie stalo?
MG_KL: - To... to ten.. ten glos.
Armstrong: - Jaki glos?
MG_BJ: - Chwileczke - mowi belkoczac lekko Marston. - Kto zostal z generalem? Pan i pan - pokazuje na Philipa i na Victora. - Cala reszta weszla... wyszla do kuchni.
Armstrong: - Tego mezczyzny z piosenki?
Philip_Lombard: - Prosze sie nie obawiac, nikt z obecnych tu ludzi nie zamierza panstwa oskarzac o smierc Jennifer Brailey. Wiemy, ze wszystkie te zarzuty sa w rownej mierze wymyslem szalenca. Prawda?
MG_KL: - Tak, prosze pana.
Armstrong: - I co dalej?
MG_KL: Rogers odpowiedzial troche za wszybko
Philip_Lombard: - Tak. Ja caly czas siedzialem w tej kanapie i obserwowalem cale to zamieszanie
Claythorne: - I ja.
Armstrong: - Dobrze panowie, po kolei.
  - Najpierw ten glos.
  - Co z tym glosem, prosze pani?
  - Zna pani jego wlasciciela?
MG_BJ: Marstone, wychylajac kolejny kieliszek, siedzi przy stole i przypatruje sie pozostalym.
Philip_Lombard: - Jest znieksztalcony, ale mozemy go chyba nazywac naszym tajemniczym panem Owenem, ktorego, jak tu ustalilismy, nikt tutaj nie zna.
MG_BJ: General ciagle lezy nieruchomo posrod polamanego stolika do kawy i odlamkow szkla.
Lawrence: Nalewam sobie szkockiej.
EmilBrent: - Co tu sie stalo?
MG_KL: - Przepraszam... to moze ja... posprzatam? - pyta nerwowo lokaj
Armstrong: - Nic, pani zemdlala i pan zmarl.
Philip_Lombard: Pomagam lokajowi sprzatac
Armstrong: - To zna pani ten glos czy nie?
EmilBrent: - Swiec Panie nad jego dusza. Ale kto?
Armstrong: - General.
MG_KL: [ co robicie z cialem?
EmilBrent: - I... jak?
Philip_Lombard: Sposrod balaganu wybieram butelke wina, z ktorej wszyscy pili oraz korek, ide z tym do kuchni. Dyskretnie
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
Philip_Lombard: nalewam do butelki wody z kranu.
  Biore resztki jedzenia, ktore wszyscy jedli. Pakuje w gazete i ide do swojego pokoju.
MG_BJ: Dobrze.
 
 
MG_BJ: POKOJ LOMBARDA
Philip_Lombard: Pakuje zapasy do torby podroznej. Wyciagam z niej z kolei rewolwer, laduje amunicje i chowam go do kabury pod swetrem. Torbe nosze od tej pory zawsze przy sobie, jem i pije tylko z tych zapasow.
  Wracam do salonu.
 
 
MG_BJ: SALON
Armstrong: Czekam na odpowiedz lokajowej
Lawrence: - Dziwna sprawa... - mowie to do Marstona, to do siebie, unoszac kieliszek.
MG_KL: [ obsuwa, przepraszam
Claythorne: Gwaltownie wstaje i wychodze z salonu.
MG_KL: - Nie... nie znam.
Armstrong: - To dlaczego pani zemdlala?
MG_KL: - Bo.. ten glos... taki straszny...
Armstrong: - Rozumiem.
MG_KL: [ Co z cialem?
Armstrong: - Panowie, sprzatnijmy generala.
  - E... Znaczy, wyniesmy.
Blore: - wporzadku.
  Pomagam.
Armstrong: - Najlepiej mu zrobic pogrzeb... albo cos..
Lawrence: Wstaje z westchnieciem.
Armstrong: - Pojdziemy z nim do kapliczki.
MG_BJ: Powraca Lombard.
Armstrong: - Ksiadz idzie z nami?
EmilBrent: - Tak, ale co sie wlasciwie stalo?
Armstrong: Powiem na miejscu.
EmilBrent: - Niech i tak bedzie. Chodzmy.
MG_BJ: Brent, Armstrong i Blore wychodza.
Lawrence: - Marny to pogrzeb dla zacnego generala.
  Do lokaja - Gdzie mozemy znalezc lopaty?
MG_KL: - Lopaty?
  - Wydaje mi sie ze w komorce. Przyniesc?
Lawrence: - Wypadalo by pogrzebac Pana Macarthura.
  - Nie trzeba. Niech Pan zostanie z zona.
MG_KL: - Dobrze, prosze pana.
MG_BJ: Lombard i Lawrence rowniez wychodza.
  Broven zostal sam w salonie z lokajem i nieprzytomna kucharka.
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
Claythorne: Szybkim krokiem wpadam do lazienki i zatrzaskuje za soba drzwi.
MG_BJ: Oddychasz gleboko.
  Lazienka wyglada na dopiero co wysprzatana.
Claythorne: Podchodze do umywalki, przecieram lustro.
MG_BJ: Pachnie chemikaliami.
  Wpatrujesz sie w swoja twarz.
Claythorne: Otwieram strumien wody.
MG_BJ: Woda.
  Rozbryzguje sie o porcelanowe scianki umywalki.
Claythorne: Zimnej wody.
MG_BJ: Woda.
  Teraz strumien jest lodowato chlodny.
Claythorne: Nabieram obie dlonie i schlapuje twarz.
  Ponownie patrze w lustro.
  Przecieram oczy.
  Rece same zaczynaja drzec.
  Drza tak bardzo, ze musze je zdjac z porcelanowej umywalni.
  Wsuwam je pod pachy.
  Wczesniej zdejmuje okulary.
MG_BJ: Na parterze zapanowala cisza.
  Wszyscy chyba gdzies poszli.
Claythorne: Boje sie.
  "Nie jestem zlym czlowiekiem."
  Rece przestaly drzec.
  Zakladam okulary.
  "Boje sie smierci."
  "To byl wypadek."
  "To byl wypadek."
  "To byl wypadek."
MG_BJ: Nie zakreciles wody.
  Dalej uderza z szumem o porcelane umywalki.
  Wtedy tez tak szumiala.
Claythorne: Gwaltownym ruchem zakecam kurek.
  "To byl wypadek."
  Wybiegam z lazienki.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  Brent i Armstrong wnosza cialo generala.
EmilBrent: - Wiec?
Armstrong: - Po skonczeniu sie...
  - Hm..
  - Wyroku na nas, wbiegl do salonu lokaj.
  - krzyczal, ze jego zona zemdlala
  - Poszedlem to sprawdzic, zyla, ocucilem ja ale znowu zemdlala. Zanieslismy ja do salonu...
  - A tam general..
  - Trzasl sie.
  - I to mocno
  - Po chwili padl martwy.
  - Nie wiem dokladniej co sie stalo, bo mnie nie bylo w salonie.
MG_BJ: Pojawia sie jeszcze Lawrence.
EmilBrent: - Jest pan lekarzem?
Armstrong: - Chirurgiem.
MG_BJ: Ulozyliscie cialo generala na podlodze, obok jednej z lawek.
  Do kaplicy wchodzi spozniony Blore.
Lawrence: - Postaramy sie znalezc lopaty.
EmilBrent: - Bedzie pan w jakis sposob badal cialo zmarlego?
Armstrong: - Zajmuje sie chirurgia, nie sekcja zwlok.
  - Zobaczymy co da sie zrobic...
Lawrence: - Panie Blore, moge Pana prosic?
Armstrong: - Ale wedlug mnie to moglo byc spowodowane szokiem.
  - Tak?
EmilBrent: - To, gdy tylko skonczy pan, oddajmy jego cialo ziemi, by jego dusza mogla pojsc tam, gdzie sobie zasluzyl za zycia.
  Klekam przed krzyzem i modle sie cicho.
Armstrong: - Widzi ksiadz, general byl stary. Jego serce moglo nie wytrzymac takiego szoku zwiazanego z.. Z oskarzeniem.
Lawrence: - Panie Blore, pomoze mi Pan?
Armstrong: - tak, tak.
  Pomagam Lawrencowi.
Lawrence: - Dziekuje. Lokaj powiedzial ze w szopie znajdziemy lopaty.
  - Moge ktoregos z Panow prosic?
Armstrong: - Ja pojde.
  Ide do szopy
Lawrence: Kieruje sie z Panem Armstrongiem w kierunku szopy.
 
 
MG_BJ: SZOPA
MG_KL: Lombard wkracza do szopy
  To ciemne i lekko zapuszczoen miejsce
  jakby dawno nikt tu nie byl
Philip_Lombard: Mam silne postanowienie wydostac sie z tej wyspy. Szukam narzedzi aby zbudowac tratwe
MG_KL: Na srodku stoi stary ford
  Piekny stylowy stary samochod.
  Teraz w czesciach, pokryty gruba warstwa kurzu
Philip_Lombard: Pila, gwozdzie, mlotek, lina - powino sie znalezc.
  "Po co komu samochod na srodku tak malej wyspy?~"
MG_KL: Znajdujesz mlotek
  Nie ma pily ani gwozdzi
  jest za to lina
  no i siekiera
Philip_Lombard: Pakuje mlotek, siekiere i line do torby.
MG_BJ: Ta, ktora masz przy sobie, jest juz wypchana woda i jedzeniem.
  Masz przy sobie podreczna torbe, glowna czesc bagazu zostawiles w pokoju.
Philip_Lombard: [ Czyli bede musial nosic siekiere na wierzchu?
  Lina do torby sie zmiesci, siekiere biore do reki.
MG_KL: Tak
Philip_Lombard: Po czym udaje sie do zagajnika.
MG_BJ: Zanim Lombard zdazyl wyjsc, do szopy przychodza Armstrong i Lawrence Wargrave.
Armstrong: - Co pan tu robi?
MG_KL: Widzicie Lombarda
MG_BJ: Do szopy wchodzi jeszcze Marston.
MG_KL: Trzyma w reku siekiere
MG_BJ: Zatacza sie lekko.
  Podchodzi do czesciowo rozmontowanego forda.
MG_KL: Jego torba wydaje sie czyms wypchana
MG_BJ: - Ladna maszyna - mruczy, gladzi karoserie.
Lawrence: - Ciemno tu strasznie.
Philip_Lombard: Witam!
Lawrence: - Ma ktorys z Panow ognia?
Philip_Lombard: Odkladam siekiere na miejsce.
Armstrong: - P-Po co panu ta siekiera?
Philip_Lombard: - Ogladalem jakie narzedzia tutaj maja.
Armstrong: [ Widze lopaty? I jak tak to ile? ]
MG_BJ: - He he - rechocze cicho Marston. Otwiera drzwi i siada za kierownica.
Armstrong: - Panie Marston...
MG_KL: Nie widzicie lopat
Lawrence: - Musza gdzies tu byc...
Philip_Lombard: - Nie dziwi was, ze ktos trzyma samochod na srodku tak malej wyspy bez drog?
Armstrong: "nie ma lopat? Radiostacji nie ma, Donnella nie ma..."
MG_BJ: Marston grzebie sie w samochodzie.
  - He he, nie ma kluczykow.
MG_KL: Nie widzicie aby staly pod scianami, czy chociaz lezaly gdzies
Armstrong: - Po dziesiejszej piosence nic mnie juz nie zdziwi.
MG_BJ: Samochod sprawia w ogole wrazenie, jak gdyby byl na chodzie.
  Odmontowano od niego lusterka, zderzaki i jeszcze kilka pomniejszych elementow, ale ma wszystkie kola.
Lawrence: - Ehh... chyba nic nie wyjdzie z tego pogrzebu.
MG_BJ: - Kurde, nie ma kluczykow - zali sie Marston zza kierownicy.
Armstrong: - Wracamy do ksiedza, niech go posmaruje lub poswieci.. I zostawimy trupa na jakis czas..
Lawrence: - Panie Marston, czy ten samochod ma sprawne swiatla?
  - Bo nic tu nie widac...
Philip_Lombard: - Szukalem wlasnie lopaty i zastanawialem sie czy nie daloby sie grobu wykopac siekiera...
Lawrence: - Troche to problematyczne.
Philip_Lombard: - Dlatego ja odlozylem...
MG_BJ: - Hm, szukam - odkrzykuje z samochodu Marston.
Armstrong: - Kamien spadl mi z serca.
MG_BJ: Jego glos jest przytlumiony.
Armstrong: -Hej!
Philip_Lombard: Staje z boku samochodu.
Armstrong: - Spod samochodu wystaje trzonek!
MG_BJ: Po drugiej stronie znajduje sie Armstrong.
  Sedzia jest przy wejsciu, nieco z boku.
Lawrence: Podchodze.
Armstrong: Schylam sie
Lawrence: - No to bierzmy lopate i w droge. Nie kazmy martwemu czekac.
  - Chociaz tyle...
Armstrong: Ciagne za trzonek.
MG_BJ: Cos glosno zachrzescilo pod samochodem.
Lawrence: - W droge.
MG_BJ: Zaczal sie wytaczac z szopy.
  - Hej! - krzyczy Marston.
Armstrong: - Cholera!
MG_BJ: Szarpie chyba za klamke, ale drzwi wydaja sie nie ustepowac.
  Samochod dosc szybko wytacza sie z szopy.
Philip_Lombard: Lapie za siekiere, podbiegam by wbic ja w kolo
MG_BJ: Rozpedza sie na pochylosci.
Armstrong: - WYSKAKUJ!
MG_BJ: Lombard: Nie zdazyles.
Armstrong: - WYSKAKUJ SZYBKO!
MG_BJ: Marston usiluje stluc szybe, ciagle siedzi w srodku, naciska klakson.
Armstrong: - SZYBKO!
  - On moze umrzec!
MG_BJ: Samochod dojezdza do urwiska i po prostu spada.
Armstrong: - NIEEEEEEE!
MG_BJ: Dwie sekundy pozniej slyszycie ogluszajacy huk.
Armstrong: - Kurwa!
Philip_Lombard: - Co za pulapka....
Armstrong: - Lawrence, idz po ksiedza, potem do salonu.
  - Lombard, idziemy do salonu.
Lawrence: Opieram sie o sciane.
Armstrong: - I bez zadnych ale!
Philip_Lombard: - Chodzmy...
Lawrence: Powolnym krokiem ruszam.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  Blore i ksiadz Brent zostali sami. Z trupem.
  Na dworze zapadly juz ciemnosci.
  Zaraz minie pewnie dziesiata.
Blore: - Moze wrocimy do salonu ?
  - Tam jest przynajmniej cieplo
MG_BJ: Blore wychodzi, nie czekajac na ksiedza.
  Zostales sam w kaplicy. Sam z nieboszczykiem.
EmilBrent: Wstaje.
  Przechodze sie chwile, patrzac na generala.
  Potem ide z powrotem do domu.
 
 
MG_BJ: SALON
  William Blore i Victor Claythorne powracaja do salonu.
  Jest tu jeszcze Kenneth Broven oraz lokaj Rogers cucacy zemdlona zona.
Blore: Siadam na kanapie.
Kenneth_Broven: - Jak udal sie pogrzeb ?
Blore: - Prace trwaja.. - mowie kwasno.
Claythorne: Wchodzac, poprawiam okulary i patrze po pozostalych.
  Zmieszany, siadam na kanapie nieco oddalonej od tej, na ktorej siedza Blore i Broven.
Blore: - A bylo juz tak milo..
Kenneth_Broven: - Teraz trzeba sie zastanowic co zrobi pan Owen
MG_BJ: Pojawia sie Brent.
Blore: - Zdaje sie, jego motywy znamy juz z plyty
Claythorne: Wydaje sie nieobecny.
Kenneth_Broven: - Motywy tak
  - Ale co zrobi ?
Blore: - Chce ukrac wszystich, w jego mniemaniu oczywiscie, winnych smierci innych ludzi.
  - Co wydaje sie o tyle dziwne, ze nie ma tu jego samego.
MG_KL: Do salonu wchodzi Rogers
  - Przepraszam panow, czy moge zabrac Ethel na gore, by sie polozyla?
  Zdazyl sie juz opanowac
  ale widac ze rece lekko mu drza
Kenneth_Broven: - Pomoge
  Pomagam lokajowi zaniesc jego zone na gore
MG_KL: Kenneth wraca po krotkiej chwili
Kenneth_Broven: Wracam do salonu
Blore: Wstaje troche niesmialo. Kieruje sie do barku.
MG_BJ: Brent przysluchiwal sie przez chwile bez slowa wymianie zdan, po czym opuscil salon.