MG_BJ: WYSPA
  Ojciec Brent wraca do kaplicy.
EmilBrent: Cos mi jednak nie daje spokoju, i kaze zostac w kaplicy.
MG_BJ: Idac do kaplicy widzisz, ze z szopy wlasnie wyjechal... samochod.
  Dzwiek klaksonu.
  Samochod jedzie prosto ku urwisku.
  Potem spada.
  Ogluszajacy huk.
EmilBrent: Patrze na samochod.
  Tam, gdzie spadl.
 
 
MG_BJ: SALON
Blore: - Zakladam, ze jutro rano nie zobaczymy juz lodzi... - mowie cicho.
MG_BJ: Slyszycie glosny klakson dobiegajacy z zewnatrz.
  Potem huk. Ogluszajacy.
Kenneth_Broven: - Co znowu?
  Wybiegam
Blore: Ja za nim.
 
 
MG_BJ: WYSPA
  Do ksiedza przylaczaja sie Blore, Victor i Lawrence.
MG_KL: Wybiegliscie w sama pore by zobaczyc
  jak jakis samochod przetacza sie wzdloz wyspy
  po czym spada z urwiska
  po chwili slychac huk
Blore: Patrze w kierunku z ktorego nadjechal.
  "Skad tu samochod?"
EmilBrent: - Jechal od strony szopy.
  - Widzialem go.
MG_KL: Widzicie, jak w strone willi udaja sie jakies sylwetki
  Wchodza do salonu przez drzwi tarasowe
Claythorne: Stoje jak wryty.
Lawrence: - Panowie, sytuacja zaczyna wymykac sie spod kontroli.
  - Musimy sie zebrac, uspokoic i zastanowic co dalej.
MG_KL: [ Reszta pewnie jest w salonie ]
Claythorne: - Jutro bedzie motorowka.
Lawrence: - Do jutra jeszcze daleko.
  - Dolaczmy do pozostalych czym predzej, Panowie.
Claythorne: - Chodzmy...
 
 
MG_BJ: SALON
  W salonie pojawiaja sie doktor Armstrong i Philip Lombard.
  Siadaja obok Brovena.
Armstrong: - Cholera, cholera, cholera...
Kenneth_Broven: - Co sie stalo ?
Armstrong: - Slyszales huk?
Kenneth_Broven: - tak
  - Co to bylo ?
Armstrong: - Pan Marston zmarl.
Philip_Lombard: Mlody posiadacz Jaguara zginal.
Kenneth_Broven: - jak to ?!
Armstrong: - Opowiem.
  - Wraz z lawrencem poszlismy szukac lopat w szopie.
  - Zeby wykopac grob.
  - zastalismy Lombarda z siekiera.
  - Po chwili wszedl mlodzik.
  - Byl podpity, wsiadl do samochodu.
Kenneth_Broven: Kiwam glowa uwaznie sluchajac wypowiedzi lekarza
Armstrong: - Lopaty nigdzie nie bylo...
  - Po chwili zauwazylem trzonek.
  - Pod samochodem...
  - Pociagnalem go...
Kenneth_Broven: - Co pan robil z siekiera panie Lombard ?
Philip_Lombard: - Szukalem lopaty, znalazlem siekiere.
Armstrong: - Po chwili samochod zaczal zjezdzac.
Philip_Lombard: - Zastanawialem sie, czy damy rade nia wykopac grob.
Kenneth_Broven: - Niech pan opowiada dalej doktorze
Armstrong: - Jechal, zaczalem wrzeszczec, zeby wyskoczyl.
  - Nie wyskoczyl.
  - Samochod. Klif. Huk.
  - Zmarl.
  - Gdzie jest reszta?
Kenneth_Broven: - Poszla zobaczyc co sie stalo
Armstrong: - Cholera...
Philip_Lombard: - Zawolac ich?
Armstrong: - Musimy stad jak najszybciej uciekac!
  - biegnij.
Kenneth_Broven: - ALe jak ?
Armstrong: - Do rana ktos znowu moze umrzec.
  - Wplaw sie nie da...
  - Trzeba przeszukac wyspe!
MG_BJ: Przychodza ojciec Brent, Lawrence Wargrave i Claythorne.
  Mijaja sie w drzwiach z wychodzacym Lombardem.
Armstrong: - Przybyliscie, nareszcie.
Kenneth_Broven: - Suzba jest na gorze w pokoju
Armstrong: - Czekaj...
  - Hm..
  - Panie Broven, idziemy do piwnicy.
  - Reszta niech zostanie jakby reszta wrocila.
  - Czekajcie na nas.
  - Dobrze?
Lawrence: - Po co, Panowie?
Armstrong: - Trzeba przeszukac dom.
Kenneth_Broven: - Mozemy isc, ale co mamy zroibc ?
Lawrence: - Wydaje mi sie ze powinnismy pozostac razem.
Armstrong: - Moze ta radiostacja jest gdzies ukryta..
  -Hm...
EmilBrent: Podchodze do gabloty, ogladam uwaznie.
Armstrong: - Panie Broven, idziemy.
Claythorne: - Przeczekajmy noc, rano odplyniemy motorowka. - rzucam niepewnie.
Armstrong: - Niedlugo wrocimy!
MG_KL: Gablota stala jak stoi
  A w niej dziewieciu porcelanowych zolnierzykow
Kenneth_Broven: - Chodzmy
Armstrong: - Gotowy?
Lawrence: Siadam.
MG_BJ: Armstrong i Broven wychodza.
Lawrence: Nalewam sobie odrobine szkockiej.
 
 
 
MG_BJ: SZOPA
  Do szopy natychmiast udaje sie Blore, ale juz nikogo tu nie ma.
Blore: Rozgladam sie
MG_BJ: Widzisz miejsce, w ktorym przed chwila stal samochod.
  Wyglada na to, ze umieszczono tam jakis... mechanizm.
Blore: Przygladam sie mu blizej.
MG_BJ: Dzwignia przypominajaca trzonek polaczona zmyslnie z dwoma drewnianymi szescianami.
  Szesciany umieszczono w niby-prowadnicach.
Blore: [ Do wypchniecia samochodu z szopy ?
  [ Zwalniane zegarowo czy jak ktos wsiadl ?
MG_BJ: [ Trudno powiedziec. Ale mozesz sprobowac pociagnac za dzwignie.
Blore: Ostroznie ciagne za dzwignie.
MG_BJ: Klocki przesuwaja sie w prowadnicach.
  Prawdopodobnie blokowaly kola.
  Po uzyciu dzwigni przesunely sie na bok i samochod, bedac na biegu, wyjechal z szopy.
  Pojawia sie rowniez Lombard.
Blore: - Spojrz tu.
MG_BJ: Lombard: Blore pochyla sie nad jakims mechanizmem w miejscu, gdzie stal samochod.
Philip_Lombard: Bylem tutaj gdy samochod odjechal.
Blore: - Kto zwolnil dzwignie ?
Philip_Lombard: - panie Blore! To miejsce to jedna wielka pulapka!
  - Armstrong
Blore: - Wiedzial co robi ?
  - Kto byl w samochodzie ?
Philip_Lombard: [ Czy Armstrong byl tam ze mna gdy umarl general?
  - Martson, ten mlodzik z Jaguarem
  - Myslal, ze to trzonek od lopaty.
MG_BJ: [ Nie, Armstrong poszedl do kuchni, do zemdlonej kucharki.
Philip_Lombard: - A przynajmniej kazal nam tak sadzic.
Blore: - Rozumiem.
  - Gdzie jest teraz Armstrong ?
Philip_Lombard: - W salonie.
Blore: - Czy wszyscy wiedza jak to wygladalo ?
Philip_Lombard: - Pewnie im teraz opowiadaja.
Blore: - Tu chyba juz nic nie znajdziemy. Moze rano...
  Patrze jeszcze raz dookola i wychodze.
Philip_Lombard: Zabieram siekiere i ide do zagajnika.
 
 
MG_BJ: ZAGAJNIK
Philip_Lombard: Line i siekiere chowam w niewidocznym miejscu. Zaden problem po pobycie w dzunglach Afryki.
  Wroce do reszty, a zaraz o swicie rozpoczne prace.
MG_BJ: Ukryles je w krzaczorach.
  Nikt ich tutaj nie znajdzie.
  Zamaskowales je zupelnie.
  Nikt ich nie ma szans odnalezc.
  Musisz przyznac, ze o tej porze ten zagajnik...
  ...wyglada calkiem ponuro.
  Wiatr swiszcze miedzy drzewami.
  Przez ksiezyc przesuwaja sie chmury.
  Zanosi sie chyba na zmiane pogody.
Philip_Lombard: "Zastanawiam sie czy sie tu nie ukryc i nie przeczekac dorana"
MG_BJ: Gdyby nie rzeziscie oswietlona posiadlosc kilkaset metrow dalej byloby tu strasznie.
Philip_Lombard: "W czasie burzy nie ma szans przeplynac tratwa..."
  Zaznaczam ukryty dobytek specyficznym ukladem kamieni. Zapamietuje miejsce. Wracam do reszty.
 
 
MG_BJ: PIWNICA
  Do piwnicy schodza Kenneth Broven i doktor Edward Armstrong.
MG_KL: Bardziej przypomina ona spizarke niz tradycyjna piwnice
  wzdloz scian sa polki na na nich dziesiatki roznych konserw
  Pod sciana stoja nawet 2 beczulki z piwem
Kenneth_Broven: - Nie widac radiostacji
Armstrong: [ Tylko jedzenie? Zadnej kratki? Okienka?
MG_KL: jest oczywiscie wentylacja
Armstrong: - Nic tu nie ma...
  - Sprawdzmy jeszcze poddasze.
  - Dobrze?
Kenneth_Broven: - Mozemy liczyc tylko na motorowke rano
  - Dobrze
Armstrong: - Rano mozemy nie zyc.
Kenneth_Broven: - Chodzmy
Armstrong: Wychodze z piwnicy
 
 
MG_BJ: SALON
  Przychodzi Blore.
Lawrence: Wzdycham przeciagle.
Claythorne: "Wiem."
Blore: Staje w drzwiach.
  - Gdzie sa pozostali ?
Lawrence: - Udali sie do piwnicy.
  - Mozliwe, ze bedzie tam radiostacja.
Blore: - W piwnicy? Ciekawe..
Lawrence: - Tez tak sadze.
Blore: - Ktora jest godzina ?
MG_BJ: Zegar pokazuje 22:48.
Lawrence: - Dwudziesta druga piedziesiat.
Blore: - Nie bedzie to latwa noc.
  Siadam w fotelu.
  - Jesli mozna spytac, jak pana zwabiono... do tego miejsca ?
Lawrence: - Hmm... Zaprosila mnie tutaj stara znajoma.
Blore: - Oczywiscie listownie ?
Lawrence: - Tak.
Claythorne: "Wiem."
  Wychodze z salonu.
Blore: - Gdziez on tak pobiegl ?
Lawrence: - Nie wiem, ale nadmiar emocji na pewno nam nie pomoze.
MG_BJ: Do salonu wkracza Philip Lombard.
Blore: - Zgadzam sie z panem.
  - Ale czekac na kolejny 'wypadek' tez nie mozemy.
Philip_Lombard: - Nie wydarzylo sie nic nowego?
Blore: - Tu nie, jak sie sprawy maja w piwnicy ?
Philip_Lombard: - Nie bylem w piwnicy.
  - Poszedl tam ktos?
Blore: - Tak, szukac radiostacji - usmiecham sie kwasno.
Philip_Lombard: A na strychu?
Blore: - Nie wydaje mi sie aby bylo to najbezpieczniejsze miejsce.
  - Strych... brzmi sensowniej.
  - Nie wiem czy tam tez nie byli.
Philip_Lombard: - Chodzmy tam.
Blore: - Pojde z panem
Lawrence: - Ehh...
 
 
MG_BJ: PODDASZE
  Na poddasze przychodza Broven i Armstrong.
Kenneth_Broven: Jak to wyglada ?
Armstrong: - Jak wygladalo pana zaproszenie?
  Rozgladam sie
MG_BJ: Pojawia sie jeszcze Claythorne.
Kenneth_Broven: - Zostalem zaproszony prze mojego kolege
Claythorne: Szybkim krokiem wchodze na poddasze.
Kenneth_Broven: - Wiliama Cavanaugha
Armstrong: - Witam.. Co pana tu sprowadza?
Kenneth_Broven: - Na przyjecie- niespodzianke
Armstrong: - Rzeczywiscie! NIESPODZIANKA!
Kenneth_Broven: - Ponury dowcip
Armstrong: [ co tu jest? ]
Claythorne: Pukam do drzwi pokoju sluzby, nie odpowiadajac na pytanie.
Armstrong: - Zmarles Kenneth! Niespodzianka! Ha-ha-ha!
  - Wybacz, nerwy mi puszczaja...
  - Czy ktos sprawdzal zagajnik?
MG_KL: Drzwi otwieraja sie. Stoi w nich Rogers
  - Tak, prosze pana?
MG_BJ: Przychodzi jeszcze Blore, a chwile po nim Lombard.
  Na poddaszu zrobilo sie troche tloczno.
Kenneth_Broven: [ chwial, my jestesmy na pddaszu ?!
Claythorne: - Eee... - staram sie usmiechnac.
MG_BJ: Poddasze sklada sie z malego korytarzyka i dwoch par drzwi.
  Jedne z nich najwyrazniej prowadza do pokoju zajmowanego przez sluzbe.
  Poddasze sklada sie z malego korytarzyka i dwoch par drzwi.
Claythorne: - Czy u panstwa wszystko dobrze?
MG_BJ: Jedne z nich najwyrazniej prowadza do pokoju zajmowanego przez sluzbe.
Armstrong: [ a drugie? ]
MG_BJ: [ Nie wiecie.
Armstrong: Podchodze do drugich drzwi
MG_KL: - Tak prosze pana. Zona sie juz uspokoila. - rozglada sie po korytarzyku
Armstrong: Ogladam je.
MG_BJ: Blore schodzi na dol, w slad za nim podaza Lombard.
MG_KL: - Czy cos sie stalo?
Armstrong: Mowie glosno zeby lokaj uslyszal - Przepraszam, co jest za tymi drzwiami?
Kenneth_Broven: - Mlody Martson nie zyje
Claythorne: - Jak to - nie zyje?! - odwracam sie gwaltownie w strone Brovena.
MG_KL: Lokaj pobladl - Zzmarl? jjak?
Armstrong: - Spadl.
Kenneth_Broven: - Moze doktor wytlumaczy
Armstrong: - Juz zaraz, tylko chce wiedziec co jest za tymi drzwiami?
MG_KL: - Spadl...? - spoglada tepo na drzw - Kolejny pokoj dla sluzby prosze pana.
Claythorne: - Skad spadl? - pytam nerwowo.
Armstrong: Probuje otworzyc drzwi.
Kenneth_Broven: - Doktor bylk przy tym
MG_BJ: Drzwi sa otwarte.
Kenneth_Broven: - Mi tylko opowiadali
MG_BJ: Za nimi znajduje sie puste pomieszczenie.
  Nieco przykurzone, ale bez zadnych mebli.
Armstrong: Panowie, pojde po torbe i sprawdze co z generalem.
  - Potem wam wszystk opowiem dorbze?
Kenneth_Broven: - A gdzie cialo grenerala ?
Armstrong: - W kaplicy.
  - Pojdzie pan ze mna?
Claythorne: - Dlaczego potem?
  - General juz przeciez nie zyje!
Armstrong: - jakby nie patrzec, general ma... Pierwszenstwo...
Kenneth_Broven: - Niech lepiej pan opowie teraz
  - Bo pan Claythorn robi sie... nerwowy
Armstrong: - Szukalem lopay z Lawrencem aby zakopac cialo.
  - W szopie nie bylo...
  - Byl za to...
  - Nie, nie moge...
  - Wybaczcie, naprawde teraz nie moge.
  - Lawrence moze wam opowiedziec.
  - Tez przy tym byl.
  - Ja ide zbadac generala.
  - Panie Broven, pojdzie pan ze mna?
Kenneth_Broven: - Oczywiscie
Armstrong: - Niech pan na mnie poczeka w salonie, skocze po swoja torbe.
Kenneth_Broven: Kiwam glowa na zgode
Armstrong: Ide do mojego pokoju...
MG_BJ: Broven rowniez opuszcza poddasze.
Claythorne: Zerkam w strone pokoju sluzby.
  [ W drzwach wciaz stoi mezczyzna?
MG_KL: [ tak.
  Rogers patrzy przed siebie
  rece mu sie trzesa
Claythorne: Patrze na niego z przestrachem.
  - Ja tez... - rzucam i zbiegam do salonu.
MG_KL: Po chwili, jakby cie w ogole nie widzial zamyka drzwi
 
 
MG_BJ: SALON
  Ojciec Brent i Lawrence zostali na chwile sami w salonie, ale po chwili dolaczyl do nich Blore.
Blore: Siadam znow na fotelu.
EmilBrent: Patrze za okno, majac na twarzy srogie spojrzenie.
Lawrence: - Szkockiej?
Blore: - Nic tam nie znajda. Chyba, ze zechca przeszukiwac pokoje panstwa Rogersow
  - Odrobinke.
Lawrence: Nalewam do kieliszkow.
  - Co Pan sugeruje?
MG_BJ: Wkracza Lombard.
Blore: - Nie sadze, zeby byla tam radiostacja
Philip_Lombard: - Panie Blore, moge pana poprosic na bok na momencik?
Lawrence: - Ja takze, w obliczu zaistnialych sytuacji sadze, ze nie znajdziemy radiostacji na tej wyspie.
Blore: - ...oczywiscie.
Philip_Lombard: - Chodzmy do kuchni
Blore: - wporzadku
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
Blore: Opieram sie o ktoras z szafek.
  - O co chodzi ?
Philip_Lombard: - Wiec... Mysle ze wsrod nas znajduje sie morderca.
  - I nie chodzi mi o nasza przeszlosc, to w tym wypadku nie jest istotne.
Blore: - Prosze nie wyciagac pochopnych wnioskow...
Philip_Lombard: - Ale ci ludzie nie zgineli przez przypadek.
  - Widzialem smierc generala.
  - W wojsku pija na umor.
  - A on mialby sie zaksztusic tak malym kieliszkiem?!
  - Widzial pan ten mechanizm w szopie?
Blore: - Tak.
  - Te zdarzenia nie sa przypadkowe, ale znalezc autora tych niespodzianek moze nie byc latwo.
Philip_Lombard: - Drzwi samochodu nie dalo sie otworzyc, gdy zaczal sie toczyc
Blore: - Interesujace...
Philip_Lombard: - Nie zamierzam tutaj bawic sie w detektywa, ani msciciela, poniewz juz ktos to tu robi.
  - Za to zamierzam przezyc i potrzebuje kogos do pomocy.
Blore: - Jakkolwiek chciabym zauwazyc, ze jedynym czlowiekiem co do kotrego mamy pewnosc
  - ze nas oszukiwal by ten gosc od lodki
Philip_Lombard: - Ktory?
Blore: - ten, ktory nas przywiozl
Philip_Lombard: - Mozliwe.
Blore: - co wiecej, na wyspie moze byc wiecej ludzi
Philip_Lombard: - Widze w panu czlowieka przedsiebiorczego.
Blore: - A wracajac do... przezycia.. Czy ma pan jakis pomysl ?
Philip_Lombard: - Znalazlem siekiere i line, mozemy zbudowac tratwe.
Blore: Usmiecham sie.
  - Gdzie one sa ?
Philip_Lombard: - Juz zgromadzilem przy brzegu.
Blore: - Nie sadze, zeby autor nie wiedzial o ich istnieniu..
  - Moze ich juz tam rano nie byc
Philip_Lombard: - Tak, dlatego powinnismy zbudowac ja juz w nocy.
Blore: - Nasza nieobecnosc wzbodzi podejzenia..
Philip_Lombard: - Plywalem kiedys w marynarce, potem podrozowalem po swiecie, damy razem rade.
  - Najwyzej nas znajda i sie przylacza.
Blore: - Nie sadze, zeby to bylo takie proste
  - Ktokolwiek jest Autorem, nie bedzie specjalnie zadowolony
Philip_Lombard: - Poki co biegaja bez sensu i pozwalaja sie zabijac.
Blore: - Prosze isc na brzeg i schowac to dobrze
Philip_Lombard: - Juz to zrobilem.
Blore: - Dobrze by bylo rozeznac sie najpierw w sytuacji
Philip_Lombard: - I jeszcze jedno.
Blore: - TAk ?
Philip_Lombard: - Lokaj rowniez zna lokalizacje tych narzedzi.
Blore: - Nie wiem czy to dobrze..
  - W kazdymbadz razie, na ucieczke bedzie jeszcze raz
Philip_Lombard: - Wiec prosze dopilnowac aby nic mu sie nie stalo/
Blore: - Teraz proponuje pokazac sie w towarzystwie
Philip_Lombard: - Ok, rozumiem.
  - Chodzmy.
Blore: - Proponuje oddzielnie
  Usmiecham sie.
 
 
MG_BJ: POKOJ ARMSTRONGA
Armstrong: Otwieram kluczem drzwi i wchodze.
  Podchodze do lozka i biore torbe.
  [ wszystko jest jak bylo? ]
MG_BJ: Tak.
Armstrong: Wychodze pospiesznie zapominajac zamknac drzwi
  Kieruje sie w strone salonu...
 
 
MG_BJ: SALON
Lawrence: - Ojcze Brent, a co Pan mysli o tej sytuacji?
EmilBrent: - Nieprzeniknione sa wyroki Boskie.
  - Ale tu dziala pewnie i pierwiastek nieco bardziej odgadniony, ludzki.
Lawrence: - Sadze ze ma Pan racje.
  - Juz dawno nauczylem sie nie wierzyc w przypadki w takich sytuacjach.
EmilBrent: - Tak?
Lawrence: - Mhm...
EmilBrent: - Mi przypomniala sie Beatrix. Ale jezeli kierowca sam targnal sie na swoje zycie, to popelnil straszliwy grzech.
Lawrence: - Ciezka sprawa...
MG_BJ: Przychodza Broven, Armstrong i Claythorne.
Armstrong: - Panie Broven, idziemy.
Lawrence: - Znalezli Panowie radiostacje?
Kenneth_Broven: - CHodzmy
Armstrong: - Nie ma.
Kenneth_Broven: - Nie
Claythorne: Wchodze i rozgladam sie po salonie.
Armstrong: - Idziemy zbadac cialo.
Lawrence: - Pojde takze.
Kenneth_Broven: - Idziemy sprawdzic co spowodowalo smierc gemerala
MG_BJ: W salonie zostal tylko Claythorne.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  Swiatlo w kaplicy zapala sie. Przyszli Armstrong, Broven, Lawrence i ojciec Brent.
Armstrong: - Przy okazji - gdzie sie podziala reszta?
MG_BJ: Idac do kaplicy nie widzieliscie juz sladu po samochodzie.
  Pochlonelo go morze.
  Zauwazacie tez, ze zanosi sie na zmiane pogody. Zerwal sie wiatr, przez ksiezyc przewalaja sie chmury
Armstrong: "Jeszcze deszczu brakowalo..."
  Podchodze do ciala generala
MG_BJ: MArtwy general lezy nadal w kaplicy.
Lawrence: Klekam przy zmarlym generale.
MG_BJ: Jest tutaj mala zarowka przyslonieta kloszem, nie daje duzo swiatla.
Armstrong: Otwieram torbe.
Kenneth_Broven: - COs pan podejrzewa, doktorze
Armstrong: - Albo szok, albo cos innego.
Lawrence: - Sadze ze raczej cos innego.
  Spogladam uwaznie na cialo.
Armstrong: - Smeirc Marstona nie byla przypadkowa..
  - Ta chyba tez nie.
  Wyjmuje dysektor
Kenneth_Broven: - Owen musial sie dlugo przygotowywac do tego
Armstrong: Oswietlam sobie widok.
  - To niekoniecznie on...
Kenneth_Broven: - jak to ?
Armstrong: - W koncu mnie zaprosil ktos inny.
Lawrence: - Mnie takze.
Kenneth_Broven: - Mnie tez
Armstrong: - A to, ze on jest wlascicielem nic jeszcze ie znaczy.
Kenneth_Broven: - Mowi pan ze za tym stoi jeszcze ktos inny ?
Armstrong: - Jakis "wielki sprawiedliwy" nad nami czuwa. A raczej nad naszymi karkami.
  - Slyszeliscie plyte. kazdy z nas kogos zabil.
Lawrence: - To proste.
Kenneth_Broven: - Ja jestem niewinny!
Armstrong: - Wedlug mnie najbezpieczniejsi moga byc Rogersowie, chociaz to nie jest pewne.
Lawrence: - Osoba odpowiedzialna za zaistniala sytuacje musi byc wsrod nas.
Armstrong: - Niekoniecznie...
  - Dobra, badamy cialo.
MG_BJ: Do kaplicy zaglada Blore.
Armstrong: Zdejmuje mundur generala.
MG_BJ: Armstrong oglada cialo.
Armstrong: "Louiso..."
Blore: - Wybaczcie panowie..
Kenneth_Broven: - tak ?
Blore: Wychodze na zewnatrz.
Armstrong: - Hm...
  - Ma opuchnieta krtan i jezyk.
EmilBrent: - Trucizna?
Armstrong: - Albo zostal uduszony, albo sie zakrztusil, albo zostal otruty...
Kenneth_Broven: - Otruty ?
Armstrong: Sprawdzam czy sa jakies slady na szyi
Lawrence: - Otruty.
Kenneth_Broven: - Ale kiedy mu podano trucizne ?
Armstrong: - Duchy nie mogly go udusic...
  - Hmm...
  - Kieliszek...
  - Ale rozwalil stol...
Kenneth_Broven: - Ale to by oznaczalo ...
Armstrong: - Czy ktos z was widzial jak cos bylo wsypywane do jego kieliszka?
  - Albo wlane...
Kenneth_Broven: Rozgladam sie niepewnie po pozostalyc
Armstrong: -Tak.
  - Wsrod nas moze byc morderca.
  -Pfu.
Kenneth_Broven: odsuwam sie o pare krokow
Armstrong: - Zle to ujalem.
  - Truciciel.
  - W koncu morderca jest kazdy z nas. Oprocz rogersow. Chyba.
Lawrence: - Bez zartow, Panie Armstrong.
Armstrong: - Slyszeliscie plyte.
  - Kto by chcial naszej smierci?
Kenneth_Broven: - Co pan mowi ?!
Armstrong: - Jest wiele mordercow na swiecie.. Wybrano wlasnie nas...
  - Nie ma co, musze wszystkiego wysluchac.
  - Idziemy do salonu. Generala zostawiamy.
EmilBrent: - Ale nawet zakladajac, ze tresc plyty jest prawda, to nie ma tam mowy, ze kazdy z nas jest morderca.
Armstrong: - Nasze nazwiska zostaly wypowiedziane.