MG_BJ: SALON
Claythorne: Podchodze do gramofonu.
  I znowu puszczam oskarzenie.
MG_BJ: Znieksztalcone (martwe?) slowa rozbrzmiewaja w pustym pokoju.
  Lokaj uprzatnal przed pojsciem do siebie roztrzaskany stol i potluczone naczynie, starl tez podloge.
Claythorne: Podchodze do gabloty.
MG_KL: Jest zamknieta
Claythorne: Przygladam sie zolnierzykom.
MG_KL: Calkiem ladne miniatury
  Chociaz widziales lepsze
  Maja malo szczegolow
Claythorne: Probuje otworzyc gablote.
MG_KL: zamek trzyma pewnie
  Do salonu wchodzi Lombard
  Widzisz jak Claythorn probuje otworzyc gablote z zolnierzykami
Claythorne: Puszczam.
Philip_Lombard: - Hmmmm... jedenastu zolnierzykow?
Claythorne: Zmieszany, odrywam wzrok od gabloty.
Philip_Lombard: - Alez prosze sobie nie przeszkadzac.
  - Sam uwielbialem sie nimi bawic kiedy bylem maly.
Claythorne: - Zabito dwie osoby. Zostalo dziewieciu. - mowie, starajac sie opanowac glos.
Philip_Lombard: - Znamienne... Jedenascie zolnierzykow i jedenastu oskarzonych, nieprawdaz?
MG_BJ: Przychodzi takze Blore.
Claythorne: - Zauwazyl pan?
Blore: Siadam na kanapie.
MG_KL: Widzisz rozmawiajacego Lombarda i Claythornea.
Philip_Lombard: - Trudno nie zauwazyc.
Blore: - Przeszkadzam ?
Claythorne: - Dziewieciu.
MG_KL: Stoja przy gablocie z zolnierzykami
Philip_Lombard: - Ktokolwiek tutaj dziala, dokladnie wszystko zaplanowal...
Claythorne: "Lombard..."
Blore: - Mozna wiedziec, do czego panowie doszli ?
Philip_Lombard: "Armstrong, czy Blore? Obydwaj sa dla mnie podejrzani, trzeba ich unikac..."
Claythorne: - Gdzie pan byl?
Blore: "Nie mysl tak glosno"
  - W kuchni.
Philip_Lombard: - Dopiero zaczelismy rozmowe.
Claythorne: Zerkam... w zrozumieniu?... na Lombarda.
  Powoli odchodze od gabloty.
Blore: - Ciekawe sa te zloniezyki..
  - Nie wiecie czasem.. co maja do rzeczy ?
Philip_Lombard: - Jesli panowie pozwola, przejde sie troche po wyspie. Mozliwe ze nie jestesmy tu sami...
Blore: - Powiedzialbym nawet, wielce prawdopodobnie
 
 
MG_BJ: WYSPA
  Widzisz, ze w kaplicy jest zapalone swiatlo.
  Robi sie zimno.
Philip_Lombard: Ide do kaplicy.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  W kaplicy pojawia sie Lombard.
  Widzisz, ze Armstrong, Brent, Broven i Lawrence pograzeni sa w rozmowie.
Philip_Lombard: - Witam panow! czy zdarzylo sie cos nowego?
Kenneth_Broven: - CHodzmy lepiej do salonu
Armstrong: - Mamy truciciela.
  - Ewentualnie dusiciela.
  - Albo general sie zakrztusil.
Kenneth_Broven: - Powinismy powiedziec reszcie o tym co znalezlismy
Armstrong: - wszyscy do salonu.
Philip_Lombard: - Chodzmy
Armstrong: Wychodzimy.
MG_BJ: Brent: Zostales sam w kaplicy.
  Robi sie zimno.
  Myslisz o Beatrix.
  O tym jak latwo jest wstapic mlodej dziewczynie na droge zla.
EmilBrent: Sama tego chciala.
MG_BJ: O niesprawiedliwosci tego swiata... i slusznej karze, ktore oczekuje tych, ktorzy zwatpia.
  I o nagrodzie, ktora czeka tych trwajacych mocno w wierze.
EmilBrent: Nagroda? Wiara jest nagroda sama w sobie.
MG_BJ: Ale krolestwo niebieskie stoi otworem dla tych, ktorzy nie zbladza.
EmilBrent: Zawsze jest czas, by szukac slusznej drogi.
  Trzeba bedzie pochowac tego nieszczesnika. Ale poki co, zobaczmy co sie dzieje wsrod zyjacych.
 
 
MG_BJ: SALON
Blore: - Doszliscie do jakichs wnioskow ?
Claythorne: - Zaprosil pana Owen, racja?
Blore: - Bylbym wdzieczny, gdyby jednak raczyl pan opowiedziec
  - ...ale... tak, zgadza sie. Listownie oczywiscie.
Claythorne: - Nie, nie doszlismy. - rzucam niestarannie i wracam na wlasny tor rozmowy - Kim on jest? I dlugo sie panowie znaja?
Blore: Opadam zmeczony na kanape.
MG_BJ: Do salonu wkraczaja Armstrong, Lombard, Broven i Lawrence Wargrave. Wrocili z kaplicy.
Blore: - Nie obrazi sie pan? - klade sie.
Armstrong: - Witam.
Blore: Wstaje.
  - Nagle zrobilo sie tu dosyc tloczno.
MG_BJ: Wszyscy zbieracie sie w salonie.
Blore: - Moze nalac czego ?
Kenneth_Broven: - Mamy nowe infrmacje
Claythorne: - Racja.
Armstrong: - NIC NIE NALEWAJ!
  - Nikomu!
Blore: - Aaa.. racja. - odpowiadam zgaszony.
Claythorne: Patrze zdziwiony na Armstronga.
Lawrence: - Przydaloby sie tutaj troche posprzatac.
Kenneth_Broven: - Doktorze, niech pan wyjasni reszcie
Armstrong: - Najpierw reszta wyjasni mi.
Claythorne: - Dlaczego jest pan taki tajemniczy?
Blore: - Nie sadze, zeby nasz Sedzia byl tak rozrzutny i zatrul caly ten zestawik.
Claythorne: - Dlaczego zwleka pan z odpowiedziami?
Armstrong: - Opowiedzcie mi o waszych... Zabojstwach.
Blore: - Nie sadze, zeby to mialo cokolwiek do rzeczy.
Claythorne: Poddenerwowany siadam na krzesle.
  - I dlaczego stawia sie pan na jakiejs uprzywilejowanej pozycji?
Blore: Patrze smutno na barek.
Philip_Lombard: - Mysle ze nasza przeszlosc nie ma tu nic do rzeczy.
  - Prosze opowiedziec co sie stalo w kaplicy.
Blore: - Popieram.
Claythorne: - I ja.
Armstrong: - Gdyby nasza przeszlosc nie miala nic do rzeczy..
  Biore oddech
  - To dzisiaj bylibysmy to wszyscy, w komplecie.
Blore: Znow spogladam na butelki, po chwili wzruszam ramionami i nalewam sobie do kieliszka.
Armstrong: - Jednak nie radze.
MG_BJ: Do salonu wchodzi ojciec Brent.
Claythorne: "Cholera. Za kogo on sie uwaza?!"
Blore: Patrze do krytycznie na kieliszek.
  "Wyglada normalnie."
Lawrence: - Przesledzmy jeszcze raz rozwoj wydarzen.
Armstrong: - Najpierw general...
Claythorne: - Bedzie pan milczal dalej, tak?
MG_KL: Blore zaczal kaslac
Lawrence: - Nie nie, zacznijmy od samego poczatku.
MG_KL: po chwili sie opanowuje
Armstrong: Podbiegam do Blora i go wale po plecach
  "Ops..."
  - Eh...
Blore: - CO ?
Armstrong: - general zostal otruty. Ewentualnie zakrztusil sie.
Lawrence: - Przybylismy tutaj wszyscy w dosyc niejasnych jak dla mnie okolicznosciach.
Philip_Lombard: - Oczywiscie. Ktos nas tutaj sciagnal i probuje ukarac. Moim skromnym zdaniem jedyne co lezy w naszym interesie to wydostac sie stad. Nie ma sensu sie bawic w poszukiwanie mordercy wsrod nas, bo... juz ktos to robi.
Blore: - Panie Armstrong, chce sie napic.
Armstrong: - Kazdy z nas jest morderca, nie ma co ukrywac.
  - Niech pan popije wode morska.
Blore: - Zartuje pan chyba!
Kenneth_Broven: - Nie jestem morderca!
Armstrong: - Oczywiscie.
  - Nikt wam nic nie zrobi. Mozecie sie przyznac. No, moze ten "Sedzia"
Claythorne: - To absurd.
Blore: - Naszemu Sedziemu tez sie wydawalo ze moze innych oceniac.
Claythorne: Znowu podchodze do gramofonu.
Lawrence: - Panie Armstrong, proponuje aby opanowal Pan swoj jezyk. Niech Pan wpierw przypomni sobie co sie wydarzylo w szopie, a dopiero potem wysuwa takie zarzuty.
EmilBrent: - Jest tylko jeden Sedzia sprawiedliwy, ktory oceni nas wszystkich...
Claythorne: Nastawiam plyte.
  I puszczam, sam poczatek oskarzenia.
Blore: - Nie chce tego znow sluchac...
Armstrong: - Ale jednak...
Blore: Podchodze do figurek.
Kenneth_Broven: - Powiem o sobie
Claythorne: - Luisa? - podchodze w strone Armstronga.
Kenneth_Broven: - Jestem szefem firmy logistycznej
Armstrong: - Tak...
Kenneth_Broven: - Moj konkurent popelnil samobojstwo po tym jak przegral konkurencje z moja firma i zbankrutowal
  - CZy jestem winny?
  - Sam popelnil samobojstwo
  - Ile firm splajtuje dziennie ?
  - to sie nazywa kapitalizm
  - A nie zbrodnia
Armstrong: - Ale doprowadziles do smierci.
  - Mimo, ze to nie twoja wina.
  - Ten Sedzia wymysla sobie i nas karze.
  - Jak rodzic, ktory sobie nie da nic wytlumaczyc.
Blore: - Panie Armstrong, pana slowa brzmia smiesznie.
Lawrence: - Panie Armstrong, upominam Pana po raz drugi.
Blore: - Prosze, nie bawmy sie teraz w rozgrzebywanie przeszlosci
Armstrong: - Pan Blore ma racje.
Kenneth_Broven: - Wiec wypraszam sobie twierdzenie ze jestem zabojca
Lawrence: - Niekoniecznie.
Philip_Lombard: - Ja bylem zolnierzem w Afryce. Prowadzilem wraz z kolega ktory mnie tu zaprosil oddzial najemnikow. Zabijalismy wielu wrogow. I to nie bylo zbrodnia?! Otoczyli nas, musielismy przebijac sie przez najglebsza dzungle.
Lawrence: - Ten kto to wszystko zaplanowal, musial miec motyw.
  - A ten motyw musi wynikac z tego, co wydarzylo sie kiedys.
  - Tak wiec przeszlosc ma w naszej sytuacji pewne znaczenie.
  - Wszystko na to wskazuje.
Claythorne: - O ktorej przyplynie motorowka? - przerywam.
Armstrong: - Gdzies rano...
Blore: - Pan na to liczy ?
Armstrong: - Kolo osmej...
Kenneth_Broven: - Rano
  - Moze sprobojmy dac znac
  - Komus na ladzie
Armstrong: - Jakos nie zobacyz nas.
Claythorne: - Jak?
Blore: - Czlowiek z motorowki byl jedynym co do kotrego wiemy, ze klamal
Kenneth_Broven: - Wielkie ognisko ?
Armstrong: - Po pierwsze - pozna godzina.
  - Po drugie - widzieliscie wyspe z ladu.
Claythorne: - Panie Armstrong!
Kenneth_Broven: - Czlowiek w motorowce na pewno nie przyjedzie
  - ALe wielu ludzi ma tu motorowki
Philip_Lombard: - Zabraklo nam jedzenia. Odebralismy wiec resztke zapasow tamtym Zulusom, ktorzy z nami szli. Owszem, dla nich oznaczalo to smierc, a dla nas zycie. Ale nikogo tym razem nie zabilismy.
  - Sedzia zabija.
Kenneth_Broven: - Ktos zauwazy ogien i moze przyplynie
Claythorne: - Jest ciemno, kazdy zauwazy ognisko.
  - Duze ognisko.
Blore: - Nie jestesmy jeszcze rozbitkami.. chyba.
Philip_Lombard: - Ja proponuje, aby zbudowac tratwe.
Lawrence: - Opanujcie sie Panowie.
Philip_Lombard: - Duza tratwe, dla wszystkich.
Armstrong: - Hm...
Kenneth_Broven: - A umie pan budowac tratwy ?
Armstrong: - Jak bedziemy nia plynac?
  - Wiatr sie wzmaga.
Blore: Patrze na figurki.
Armstrong: - Moze nas zniesc...
Kenneth_Broven: - Jestem za tym zeby rozpalic duze ognisko, oki jest ciemno i ktos z ladu moze je zauwazyc
Philip_Lombard: - Jesli bedzie z nami Sedzia, jedynym sposobem aby nas zabic bedzie zniszczyc tratwe i zabic tez samego siebie.
Blore: - Panowie... przypomnialo mi sie cos.
Armstrong: -Tak?
Blore: Zaczynam mowic, poczatwo cicho pozniej glosniej
  -Jedenastu zolnierzykow
Philip_Lombard: - Budowalem juz tratwe w Afryce. Bylem tez w Marynarce. Damy rade.
Blore: - pyszny obiad zajadalo
  - kojarzycie to ?
Philip_Lombard: - Nie
Blore: - taka rymowanka ?
  - Czy tych figurek nie bylo 11 ?
Philip_Lombard: - Prosze dalej.
EmilBrent: Patrze na gablote.
Armstrong: - Zaraz...
Claythorne: - N...nie... kojarze.
  - Figurki znikaja.
Blore: - dalej bylo... cos o zakrztyszeniu..
  - nie pamietam dokladnie
Armstrong: - General!
  - Trzeba sobie ten wierz przypomniec.
  - Moze Ethel zna ta rymowanke?
Philip_Lombard: "Tak on wie wszystko! Rymowanka sie zaslania. Liczy na to ze jestesmy juz zmeczeni i uwierzymy w te bajki."
Blore: - Warto spytac
Kenneth_Broven: - Kto idzie ze mna robic ognisko ?
Philip_Lombard: - Blore, na pewno nie znasz jej do konca?
Armstrong: - Ja ide do Ethel.
Blore: - Nie pamietam.
EmilBrent: Ide do siebie.
Philip_Lombard: - Moze ona kryc rozwiazanie naszego problemu.
Claythorne: - Pomoge. Chodzmy. - Mowie do Brovena.
Armstrong: Ide na poddasze
Blore: Ide za Armstrongiem
Kenneth_Broven: Ide
MG_BJ: Philip Lombard rowniez wychodzi. Do lazienki.
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
Philip_Lombard: Obfita kolacja ma swoje prawa. Zamykam sie w lazience. Czy cos dziwnego sie dzieje?
MG_BJ: Nie, nic.
  Lazienka jest czysciutka, musiala zostac wysprzatana przed waszym przybyciem.
Philip_Lombard: Wstaje, ide do reszty.
 
 
MG_BJ: WYSPA
  Na dworze pojawili sie Broven i Claythorne.
  Zaczal mzyc deszcz.
  Stoicie we dwojke niedaleko urwiska.
  Niebo zaciagnelo sie chmurami, zaczelo padac.
Kenneth_Broven: - No nie
Claythorne: - Cholera!
Kenneth_Broven: - Czy ten Sedzie panuje nad pogoda do cholery!
Claythorne: - To idiotyzm.
Kenneth_Broven: - Panie Claythorn
Claythorne: - "Sedzia".
Kenneth_Broven: - Podejrzewa pan kogos ?
  - Doktor wydaje sie dosc tajemniczy
Claythorne: - Doktor mnie po prostu irytuje.
  - Nie chce sie bawic w detektywa, chce stad wyplynac. I to jak najszybciej.
Kenneth_Broven: - Coz, powinnismy wracac
Claythorne: - Czy tu nie ma zadnej lodki?
MG_BJ: Nie widzieliscie zadnej na molo.
Kenneth_Broven: - O to chyba zatroszczyl sie nas gospodarz
Claythorne: - Co jest w szopie?
MG_BJ: Chyba transport z i na Whisper Isle zapewniaja tylko mieszkancy Tenby.
Kenneth_Broven: - Byloby glupota z jego strony jakby jakas byla
  - Nie wiem
  - Byl samochod
  - Ale mlody Martson wjechal nim w morzze
Claythorne: - Po co on do niego wsiadl?
Kenneth_Broven: - Wracajmy bo tu przemokniemy do reszty
Claythorne: - Byl pan w srodku?
Kenneth_Broven: - Szopy ?
  - nie
  - Chodzmy do salonu
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
Philip_Lombard: Jeszcze spacer po ogrodzie...
  "Zimno ciemno i do domu daleko. Jak na wojnie. Cholera!"
  Obchodze caly ogrod.
  [ Nic?
MG_BJ: Pusto.
  Nie zauwazyles niczego podejrzanego.
Philip_Lombard: [ ok
MG_BJ: Ogrod otoczony jest wysokim zywoplotem.
  Drzewami potrzasa wiatr.
  Zaczal mzyc deszcz, niebo jest zaciagniete chmurami.
Philip_Lombard: "Paskudnie. Bedzie tu trzeba cala noc przesiedziec"
 
 
MG_BJ: PODDASZE
  Na poddasze przychodza Blore i Armstrong.
Blore: Ide za Armstrongiem.
Armstrong: - Ten Lombard.. Zdaje sie, ze mnie nie lubi.
MG_BJ: Jestescie na poddaszu.
Blore: - W tej chwili dziwie sie, ze my jeszcze normalnie rozmawiamy
  usmiecham sie kwasno.
MG_BJ: Obie pary drzwi sa zamkniete.
Blore: Pukam.
MG_BJ: Te prowadzace do pustego pokoju i te prowadzace do pokoju sluzby.
MG_KL: Slyszycie kobiecy glos
Armstrong: Podchodze do drzwi sluzby.
MG_KL: - Prosze
Blore: Otwieram.
Armstrong: Wchodze.
Blore: Wchodze ostroznie.
  - Przepraszam pania bardzo
MG_KL: Widzicie pania Rogers lezaca na lozku
Blore: - ale wynikl dziwny problem...
  - Jeszcze raz przepraszam za najscie
Armstrong: - I myslimy ze pani moze nam pomoc.
Blore: - ale czy nie pamieta pani rymowanki..
MG_KL: Wydaje sie, ze niedawno sie obudzila
  - Rymowanki, prosze pana?
Blore: - Tak, o 11 zolnierzykach
  - Jedenastu zolnierzykow.. pyszny obiad jadlo...
  - Nie przypomina sobie pani ?
MG_KL: - Jedenastu prosze pana?
  - Niee...
  - Ale..
Armstrong: - Ale?
MG_KL: - Pamietam wierszyk o 10 zolnierzykach.
Blore: - Tak ?
  - 10 ?
Armstrong: - Niech pani opowie.
Blore: - Sluchamy..
Armstrong: "I tak umrzemy..."
Blore: - Tak ?
MG_KL: - O ile dobrze sobie przypominam prosze pana...
  - to szlo jakos tak:
  - Raz dziesieciu zolnierzykow / pyszny obiad zajadalo / nagle jeden sie zakrztusil / i dziewieciu pozostalo
  - To taka wyliczanka prosze pana...
Armstrong: "General..."
Blore: - A co dalej ?
MG_KL: - Nie pamietam calosci
Blore: - Chociaz linijke ?
Armstrong: - Nie zna pani kogos kto to zna? Albo cos, gdzie to jest zapisane?
MG_KL: - Pamietam jeszcze kawalek
Armstrong: - Tak?
MG_KL: - "Czterech dzielnych zolnierzykow / raz po morzu zeglowalo / wtem wyplynal sledz czerwony / zjadl jednego, trzech zostalo"
Armstrong: - Cholera!
Blore: - Nie dobrze.
MG_BJ: Blore zbiega na dol pierwszy.
Armstrong: - Musimy to powiedziec reszcie!
MG_KL: - Ostatni sie chyba wiesza prosze pana....
Armstrong: - Do widzenia!
  - CHOLERA!
MG_KL: - Do widzenia ?
Armstrong: - COs jeszcze?
MG_KL: - eee nie prosze pana - odpowiada przestraszona
Armstrong: - Dziekuje pani bardzo, z calego serca, do zobaczenia!
 
 
MG_BJ: POKOJ BRENTA
  Jestes w swoim pokoju.
EmilBrent: Zamykam sie jak moge, blokuje wejscie, czytam kilka wersow Pisma i ide spac.
 
 
MG_BJ: SALON
  Do salonu przychodza Claythorne i Broven.
Kenneth_Broven: - Gdzie poszla reszta?
MG_BJ: Po chwili dolaczaja do nich Blore i Lombard.
Blore: - Gdzie reszta ?
  - To naprawde wazne, gdzie oni sa ?
Kenneth_Broven: - NIe wiem
Claythorne: - Czemu nie?
Blore: Jestem lekko zdenerwowany co nie jest dla mnie normalne.
Kenneth_Broven: - Z ogniska nici
  - Pada
MG_BJ: Do salonu wbiega Armstrong.
Armstrong: - Ostatni sie powiesi!
Blore: - Znamy jeszcze kawalek wyliczanki
Philip_Lombard: - Hehehe, wyborne poczucie humoru..
Claythorne: "Idiota."
Philip_Lombard: - Tak? Prosze kontynuowac?
Blore: - mowiacy o czerwonym sledziu co zabije probujacych plynac
  - ladzia..
Armstrong: - Zabije jednego...
Philip_Lombard: - Och, doprawdy?
Armstrong: - Zostanie dwoch...
  - Cos sie stanie z jedny, a ostatni sie powiesi...
Blore: - Panie Lombard, to nie zart
Armstrong: - Jesli nie chcesz to nie wierz. Jakby nie patrzec, to pomysl na tratwe pasuje z wierszem, jak i krztuszenie sie.
  "idiota, imbecyl, cwok!"
  - OGNISKO!
MG_KL: Do salonu wchodzi Rogers z niesmiertelna (?) taca.
Kenneth_Broven: - Nie ma ogniska bo deszcz pada
Armstrong: - Blore, czy w wierszu bylo cos o splonieciu?
Philip_Lombard: - Prosze wybaczyc, ale duzo latwiej mi uwierzyc, ze ktos nam sprzedaje wyliczanke do swojego planu, niz ze sami zrealizujemy jakis wierszyk.
MG_KL: Zbiera brudne naczynia
Armstrong: - Ah racja..
  - Na szczescie..
Blore: - Mozliwe ale tylko w czesci
MG_KL: Podchodzi do barku
  zabiera brudne szklaneczki
Claythorne: - Gdybajmy dalej...
Armstrong: - Wedlug mnie to wyliczanka bawi sie nami...
MG_KL: i puste butelki
Blore: - Panie Rogers!
Philip_Lombard: - Sa panowie raczej przesadni...
Armstrong: - Mozesz pan mowic, ze oszalelismy.
MG_KL: Rogers przystaje speszony
Lawrence: - Panowie wybacza, musze zaczerpnac swiezego powietrza.
Blore: Podchodze do niego.
Philip_Lombard: - Czy moga panowie powiedziec, kto umrze nastepny?
Armstrong: Ide za Blorem
Blore: - Prosze zostawic, w mojej jest jeszcze troche.
  mowie biorac jedna do reki.
Kenneth_Broven: Ide za Lawrencem
 
 
MG_BJ: WYSPA
  Lawrence wychodzi na krotka chwila, by sie przewietrzyc.
  Pada lekki deszcz.