MG_BJ: WYSPA
  Lawrence wychodzi na krotka chwila, by sie przewietrzyc.
  Pada lekki deszcz.
 
 
MG_BJ: SALON
Armstrong: - Panie Rogers, zna pan wyliczanke o zolnierzykach?
Blore: Dolewam sobie jeszcze troche.
Armstrong: "Oszalalem..."
Blore: Trzymajac kieliszek w rece spaceruje po pokoju.
  - Zna pan ?
MG_KL: - Nie prosze pana. Ja tu tylko sprzatam - mowi przerazony rogers
Armstrong: - Nic? Ani o zolnierzykach? Nic o murzynach? Zadnej rymowanki?
Blore: - Moze sie pan z nami napije ?
Philip_Lombard: "No tak... stuacja stresowa. Odchodza od zmyslow. Ale w wyliczance jest pewien sens..."
MG_KL: - Nie pije prosze pana
Blore: - Wogole ? Zadziwiajace...
Philip_Lombard: - Przepraszam. Czy nie wiecie panowie, kto pierwszy wspomnial o tej wyliczance?
Blore: Usmiecham sie.
Armstrong: - Blore.
Blore: - Zdaje sie, ze ja
Philip_Lombard: "I nie przez przypadek..."
Armstrong: - Czy pan chce cos zasugerowac?
Claythorne: "Detektywi sie znalezli..."
Blore: - Panie Lombard, dlaczego pan pyta ?
Claythorne: Pochmurnieje.
MG_BJ: Do salonu powracaja Lawrence Wargrave i Broven.
Philip_Lombard: - Coz, wiec chyba najlepiej zna pan wiec zamysly naszego Sedziego?
Blore: - Slucham ?
Philip_Lombard: - Skoro postepuje on wedlug tej samej reguly..
Blore: - Nie pamietam tej wyliczanki, jedynie poczatek
  - Raz dziesieciu zolnierzykow / pyszny obiad zajadalo / nagle jeden sie zakrztusil / i dziewieciu pozostalo
  - Do tego pani Rogers twierdzi, ze zna podobna
  - ale z 10 zolnierzykami
Armstrong: - Chwilke...
Philip_Lombard: - To jak u nas, przy czym nas jest 11
Lawrence: - Bylo.
Armstrong: - Pana rymowanka mowi tez o 10...
Blore: - Nie, w mojej bylo na poczatku o 11tu
Philip_Lombard: - Wiec co sie stalo z pierwszym?
Armstrong: - Pan powiedzial raz dziesieciu, potem o zakrztuszeniu.
Blore: - Zaraz chwileczke... - mieszam sie.
Armstrong: - Jest na 9 tak?
  - bylo 11. Skoro pan zaczal od 10, to znaczy ze zostaje jeden. I on moze byc sedzia.
Blore: - Pamietam.. w mojej bylo 11 na pewno, u pani Rogers 10.
Kenneth_Broven: Nalewam sobie szkockiej
Blore: Ja moja dalej trzymam w rece.
Kenneth_Broven: - Moze nalac panu - pytam sie Blore'a ?
Philip_Lombard: - Czyli w panskiej pierwszy jest sedzia?
MG_BJ: Lombard wychodzi, nie czekajac na odpowiedz.
Armstrong: "Ciekawe czy w wyliczance jest cos o mordowaniu..."
MG_KL: W miedzyczasie Rogers wyszedl do kuchni
Blore: - Byc moze ja znam prawdziwa...
Claythorne: Wciaz przysluchuje sie rozmowie, siedzac na sofie.
Blore: - Zaraz wracam.
  Ide schodami na gore.
Armstrong: - Czy ktos byl w zagajniku?
Claythorne: Walcze ze snem.
Kenneth_Broven: - Nie
  - Chyba nikomu nie spieszno do ciemnego lasu
Armstrong: - Gdzie jest reszta?
Kenneth_Broven: - Ide na poddasze
 
 
MG_BJ: PODDASZE
  Blore: Jestes na poddaszu.
Blore: Rozgladam sie uwaznie.
  Slady na podlodze, scianach, klamkach.
MG_BJ: Niczego tutaj nie ma.
  Mansardowy dach, przyciasny korytarz.
  I dwie pary drzwi.
Blore: Podchodze do drzwi pani Rogers.
  Nastawiam ucha.
MG_BJ: Nic nie slyszysz. Pewnie spi.
Blore: [ Co bylo z 2gim pokojem ?
MG_BJ: Byl pusty.
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
  Wchodzi Lombard.
Philip_Lombard: - Panie Rogers!
MG_KL: - Tak prosze pana?
  Rogers stoi przy zlewie i zmywa naczynia
  przy kuchence stoja puste butelki
Philip_Lombard: - Moze to glupio zabrzmi, ale prosze mi powiedziec gdzie jest panska zona.
  - Zaraz wytlumacze.
MG_KL: - Na gorze prosze pana.
  - Byla zbyt slaba by pozmywac
  - wiec zaproponowalem jej by odpoczela
Philip_Lombard: - Jeden z nas twierdzi, ze jestesmy zabijani wedlug pewnej dzieciecej rymowanki
  - Twierdzi rowniez ze calosc zna panska zona.
  - Dlatego po pierwsze boje sie teraz o jej bezpieczenstwo
MG_KL: - Moja zona zajmowala sie kiedys dzieckiem jednej z naszych pracodawczyn prosze pana.
Philip_Lombard: - A po drugie chcialbym ja cala uslyszec.
MG_KL: - A co jej moze grozic prosze pana? - pyta zdziwiony i przestraszony Rogers
Philip_Lombard: - Mozemy wiec razem do niej isc?
MG_KL: - Co prosze pana?
  - Do mojej zony?
Philip_Lombard: - Mordercy nie lubia, gdy ktos przypadkiem zna ich plany.
  - Tak.
MG_KL: - Dobrze prosze pana.
  - Tylko wytre rece
  Odklada naczynia ktore mial w reku
  zdejmuje fartuch i wyciera rece
  Mozecie isc
Philip_Lombard: Idziemy
 
 
MG_BJ: PODDASZE
  Na poddaszu pojawil sie Lombard z Rogersem.
Blore: - Ciii..
Philip_Lombard: - To pokoj panskiej zony?
Blore: - Slucham? - mowie szeptem
  Kenneth_Broven (n=tomek@2-tor-3.acn.waw.pl) has joined #pbirc-poddasze
Blore: - Ona jedna zna ta rymowanke.
MG_BJ: Pojawia sie jeszcze Broven.
Kenneth_Broven: - Co sie dzieje?
  - Chodzmy na dol
Blore: - Musimy poznac dalsza czesc rymowanki
Kenneth_Broven: - Musimy sie naradzic
MG_KL: - Naprawde nie rozumiem o co panu chodzi
Philip_Lombard: "Moze przyszlismy w ostatniej chwili"
Kenneth_Broven: - Czy robimy ta tratwe ?
Blore: - Chodzi mi mniej wiecej o to, ze ona powiedziala o lodzi
Kenneth_Broven: - A moze cos innego ?
Blore: - Chcecie sie naradzac ?
Kenneth_Broven: - Powinnismy sie wspolnie zastanowic co robic dalej
Blore: - Wporzadku.
  Przygladam sie jeszce uwaznie drzwiom pani Rogers.
  I schodze na dol
Kenneth_Broven: ide
 
 
MG_BJ: SALON
Lawrence: - Pieknie.
Claythorne: - Hm?
Armstrong: - Co uwazacie o panu Blore i jego dziesietnej wyliczance?
Lawrence: - Nic.
Claythorne: - A dlaczego pan nie podzieli sie wrazeniami?
MG_BJ: Powraca Blore. Chwile potem pojawia sie Broven.
Armstrong: - Ciekawi mnie to, jak sie zmieszal.
  - To gdzie moze byc reszta?
Kenneth_Broven: - Panowie
Armstrong: - Hm?
Blore: - Ponoc mielismy sie naradzac..
Claythorne: - Kiedy?
Kenneth_Broven: - Co robimy ?
  - Teraz
  - Nie mozemy siedziec i czekac az nas wyrznei jakis psychopata
Blore: - Ja jestem za tym, zeby obudzic pania Rogers i wypytac o wiersz
Lawrence: - Mysle ze Pani Rogers ma dosc wrazen na dzisiaj.
Kenneth_Broven: - Ja sie zgadzam z panem Lombardem, musimy uciekac
Lawrence: - Tak jak i my wszyscy.
Armstrong: - Panowie, moze przepsimy sie troche?
  - Jest juz po trzeciej, powinnismy sie przespac.
Lawrence: - Ja jestem za. To juz nie te lata...
Kenneth_Broven: - Nie ma sensu szukac Sedziego, lepiej uciekac
Blore: - Nie zasne w takim stanie.
Lawrence: - Szczerze mowiac, ledwo stoje na nogach.
Armstrong: - Nie wszyscy wytrzymuja 21 godzin na nogach...
Kenneth_Broven: Biore swoja szkocka
Armstrong: - Panie Blore, skoro pa nie zasnie, moze pan stac na warcie.
Kenneth_Broven: Osuszam szklanke
Blore: - Wolabym nie.
Claythorne: - Pan Blore rozgryzie wyliczanke, my pojdziemy odpoczac.
Kenneth_Broven: Nalewam sobie jeszcze troche
Armstrong: - Wiec pojdzmy do apartamentow, zamknijmy sie i spijmy.
  Ziewam glosno - Przepraszam.
Blore: - Jeszcze jedno
  - Zanim sie rozejdziecie
  - Jak smakowala wam kolacja ?
Kenneth_Broven: - Tak ?
Blore: Siadam ciezko w fotelu.
Claythorne: - Pan raczy zartowac?
Blore: - Nie, mowie zupelnie serio,
Armstrong: - Szczerze to ja tylko ja nalozylem...
Claythorne: - Kolacja?
  - Mnie kolacji nie podano...
Kenneth_Broven: siadam na sofie saczac powoli szkocka
MG_BJ: [ Wszyscy jedliscie kolacje.
Claythorne: [ To nie byl obiad?
Blore: - Musze panstwa na chwile opuscic
Claythorne: [ OK.
Blore: usmiecham sie kwasno
MG_BJ: Blore wychodzi.
Armstrong: "O co mu chodzi..."
Lawrence: - Pora udac sie na spoczynek.
Kenneth_Broven: - Chdzmy spac wiec
  - Ale pamietajcie zeby zamknac drzwi
Armstrong: - Jutro pomyslimy co zrobic. Trzeba wczesnie wstac, moze jednak przyplynie.
  - I okna!
Kenneth_Broven: - Racja
Claythorne: Ide do pokoju.
Lawrence: Wstaje powoli.
Kenneth_Broven: Ide
MG_BJ: Slyszycie z gory jakies krzyki.
  To chyba Rogers krzyczy.
Armstrong: - OZ!
MG_BJ: Jakies zawodzenie, jeki.
Lawrence: "Hmm ?!"
Armstrong: Biegne szybko na poddasze
MG_BJ: Lawrence rusza powoli za nim.
 
 
MG_BJ: PIETRO
Claythorne: Pokoj zamykam.
  Na klucz.
  Zostawiam go w zamku, okno zamykam rowniez.
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
  Wpada biegiem Blore.
Blore: szukam papieru.
  PAAA PIEEE RUUUUU
MG_KL: jak na zlosc papier nie wisi
  ale pod zlewem jest szafeczka
Blore: Stajac przy drzwiach zagladam.
MG_KL: W srodku sa srodki dezynfekujace
Blore: Krzywie sie.
  Przygladam im sie blizej.
MG_KL: Bedziesz sie musial obejsc bez papieru
  Zwykle srodki, odkamieniacze irp
  itp
Blore: Sprawdzam stan butelek, ile w ktorej
  i biore sie do dziela
MG_BJ: Slyszysz jakies wrzaski z gory.
  Jakies okrzyki, ktos biegnie po schodach na gore.
  W domu powstalo jakies zamieszanie, cos sie wydarzylo.
Blore: Przerywam. Wciagam spodnie.
  Wychodze z klozetu i biegne na gore.
MG_BJ: Zderzasz sie z kims w przejsciu.
  Cos wali cie w leb.
  Padasz na ziemie bez czucia.
 
 
MG_BJ: PODDASZE
Philip_Lombard: - Panie Rogers, wejdzmy juz. Przepraszamy panow...
MG_BJ: ...ale Blore i Broven nie slysza go, bo juz sobie poszli.
MG_KL: Rogers podchodzi do drzwi pokoju, otwiera je i wchodzi
Philip_Lombard: - Ok, zostalismy sami. Nie podoba mi sie ze Blore juz tu byl.
  - Mysle ze powinien pan zostawic na chwile obowiazki i pilnowac swojej zony.
MG_KL: Rogers zatrzymuje sie wpol drogi
  Szamoce sie chwile z drzwiami
MG_BJ: - Zamek sie chyba zacial -- mowi przepraszajaco lokaj.
Philip_Lombard: [ Moge wywazyc drzwi?
MG_BJ: [ Tak, ale lokaj mowi:
Philip_Lombard: - To nie przypadek! Musimy jak najszybciej sie tam dostac!
MG_BJ: - Niech pan pomoze mi je popchnac, bardzo prosze.
  - Nie, nie - mowi uspokajajaco.
  - Te drzwi czasem sie tak zacinaja, futryna jest zle dopasowana.
Philip_Lombard: - Ok, prosze ugiac nogi w kolanach, abysmy uderzyli blizej zamka. Na trzy, cztery!
MG_BJ: Otwieracie drzwi.
  Wchodzicie do srodka.
  Widzicie, ze na podlodze, pod lozkiem lezy... strzykawka.
  Pani Rogers lezy w rozgrzebanej poscieli. Chyba spi.
Philip_Lombard: "Cholera, za pozno"
  - Hmm... zobaczmy co z panska zona.
MG_BJ: Nachylacie sie.
  Widzicie, ze kobieta ma piane na ustach.
  Wytrzeszczone oczy.
  Nie zyje.
  - O Boze, nie...!!! -- Rogers dostaje ataku histerii.
Philip_Lombard: - Przykro mi.
MG_BJ: Przybiega Armstrong.
Philip_Lombard: - Sedzia bedzie nas zabijal jednego po drugim.
Armstrong: - Co sie stalo?
Philip_Lombard: - Pani Rogers zostala zamordowana/
Armstrong: - CO?!
  - JAK!?
Philip_Lombard: - Za pomoca tej strzykawki, zapewne.
Armstrong: - Jakiej strzykawki?
Philip_Lombard: Wskazuje na podloge.
Armstrong: Patrze.
MG_BJ: - O Boze, o Boze, o Boze... Ethel! -- Rogers dostal ataku histerii.
Philip_Lombard: - Przyszlismy tu z jej mezem zapytac o rymowanke pana Blora i zastalismy na korytarzu... samego pana Blore'a i zaciete drzwi do tego pokoju.
MG_BJ: Do pokoju wchodzi Lawrence.
  Sa tam juz Rogers, Armstrong i Lombard.
Armstrong: - O... Ona jest moja!
Philip_Lombard: - Strzykawka?
Lawrence: - Co sie stalo?
MG_KL: - Ethel, Ehtel - histeryzuje coraz ciszej Rogers
Armstrong: - Jak...
MG_BJ: Na poddasze wpada Victor Claythorne.
  Widzi, ze pozostali, razem z Rogersem, zgromadzeni sa wokol ciala Ethel.
Claythorne: - Co sie stalo?! - podbiegam.
MG_BJ: Pojawia sie rowniez Broven.
Philip_Lombard: Pani Rogers zostala zamordowana. Przyszlismy tu z jej mezem zapytac o rymowanke pana Blora i zastalismy na korytarzu... samego pana blora i zaciete drzwi do tego pokoju.
  - Ciekawe, kto bedzie nastepny?
Armstrong: - Jak...
  - Ona.. Moja strzykawka
Lawrence: Opieram sie o sciane.
  Ciezko dyszac.
Philip_Lombard: - Panskie rzeczy sa bezpieczne tylko, gdy ma je pan caly czas na oku.
Armstrong: Ogladam strzykawke
Philip_Lombard: Spogladam na moja torbe na ramieniu, ktora zawsze nosze ze soba.
MG_BJ: Na poddaszu pojawia sie zaspany i zasapany ksiadz.
  Spoglada bez slowa na martwa kobiete, wzdycha cicho.
Armstrong: 'Niech tylko powie, ze pan tak chcial, a mu leb rozwale"
MG_KL: Wszyscy stoicie wokol ciala kobiety
  Wszyscy?
Philip_Lombard: - Czy wie ktos, gdzie teraz podziewa sie mr Blore?
Armstrong: Stoje wokol ciala kobiety
Kenneth_Broven: - Nie
Armstrong: - Chwila...
MG_BJ: Faktycznie, Blore'a jako jedynego nie ma wsrod was.
Claythorne: Stoje jak wryty.
Armstrong: - Panie Lombard...
  - Mowil pan, ze byl tu tylko Blore?
Philip_Lombard: - Dokladnie. Wczesniej rozmawialem z panem Rogersem w sprawie rymowanki pana Blora/
Lawrence: Osuwam sie po scianie.
Armstrong: - Mowil tez o 10 zolnierzykach...
Kenneth_Broven: - Panie Lawrence!
  Lapie go
Philip_Lombard: - Blore mowil, ze ona zna jej ciag dalszy.
Armstrong: - Kawalek...
Kenneth_Broven: - Doktorze!
Armstrong: - O tym, ze zolnierze plywlai po morzu, i zjadl jednego czerwony sledz.
  - Juz ide.
Philip_Lombard: - Wczesniej zas rozmawialem z Blorem o zbudowaniu tratwy.
Armstrong: - Patrze co ejst Lawrencowi
MG_BJ: Przypominacie sobie, ze Blore, gdy ostatni raz go widzieliscie, powiedzial, ze idzie do lazienki.
Philip_Lombard: - Po czym dowiaduje sie, ze zeglarzy zjadl ten cholerny sledz wlasnie.
Claythorne: "Blore...?"
Philip_Lombard: - A gdy przyszlismy tutaj z panem Rogersem, Blore wracal z poddasza w dol.
Armstrong: - Czyzby Blore byl Sedzia?
Philip_Lombard: - Mowicie wiec, ze poszedl do lazienki?
Kenneth_Broven: - Powinnismy go znaleac
Armstrong: - Lawrence zaslabl.
Kenneth_Broven: - Ale nic mu nie bedzie ?
Armstrong: - Raczej nie...
  - Duzo stresu...
Kenneth_Broven: - To nie jest kolejny atak Blore'a ?
Armstrong: - Chociaz...
  - On jest stary..
Philip_Lombard: - Zaniesmy Lawrenca do lozka.
Kenneth_Broven: - Wlasnie
  Zanosze
Armstrong: - Pojde do Blore'a.
  - Do lazienki...
Philip_Lombard: - Nie!
  - Prosze isc z nami.
Kenneth_Broven: - Moze niehc pan nie idze sam
Claythorne: - Niby po co?
Armstrong: - Dobrze.
Philip_Lombard: - Lawrence moze pana potrzebowac.
Armstrong: - Dobrze, idziemy wszyscy.
  - Ale radze zawolac Blore'a
  - Musimy go miec na oku.
Kenneth_Broven: Zanosimy Lawrenca do lozka
Philip_Lombard: - A poza tym najlepiej by bylo, gdybysmy sie nie rozdzielali i patrzyli sobie na rece.
  - Idziemy?
Armstrong: - Jak zostal tu zaproszony Blore?
Philip_Lombard: - Jak wszyscy.
Kenneth_Broven: - Trzeba znalezc Blore'a
Armstrong: - Pojdzmy do lazienki.
  Ide do lazienki.
MG_BJ: Wiec idzcie do lazienki.
Kenneth_Broven: - Niech panowie ida, przypilnuje Lawrenca zeby przypadkiem Blore mu nic nie zrobil
Claythorne: - Ja nie ide.
  - Poczekam z panem.
MG_BJ: Z lazienki dochodza was jakies okrzyki.
Kenneth_Broven: - Co jest !?
  Wybiegam na dol
MG_BJ: Victor: Zostajesz z Rogersem i jego zona czy idziesz do lazienki?
Claythorne: Ide.
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
  Wszyscy przybywaja pod lazienke.
Kenneth_Broven: Wbiegam
  - Co sie stalo !?
Claythorne: Staje w drzwiach.
MG_BJ: W przejsciu miedzy korytarzem a lazienka znajdujecie martwego Blore'a.
  Lezy w wielkiej kaluzy krwi.
Armstrong: - O K****!
MG_BJ: Ma podciete gardlo, od ucha do ucha.
Philip_Lombard: - Zabil go Rogers?
MG_BJ: Krew widac rowniez na wlosach, na potylicy.
Kenneth_Broven: Cofam sie pare krokow zaszokowany widokiem
Armstrong: Badam cialo BLore'a
Philip_Lombard: Spokojnie ogladam rane. Noz kuchenny?
Claythorne: Nie odzywam sie. Biore oddech, wychodzac na korytarz.
Armstrong: "To ilu nas zostalo..."
Philip_Lombard: - Co pan o tym sadzi, panie doktorze?
Armstrong: - Jeszcze nie wiem...
Philip_Lombard: [ Rana od zabkowanego noza kuchennego do miesa?
MG_BJ: Obok, pomiedzy umywalka a wanna, lezy noz.
Armstrong: - Panowie...
  - Chyba wiem.
MG_BJ: Owszem, noz kuchenny, ale nie zabkowany. Prosty.
Armstrong: - Zostal ogluszony.
Philip_Lombard: - Jest wsrod nas Rogers?
MG_BJ: Nie, zostal na gorze.
 
 
MG_BJ: SALON
Claythorne: Podbiegam do gabloty.
  Szukam sladow.
  Ile figurek?
MG_KL: Gablota jest czysta
  Taka jak ja zostawiles
MG_BJ: Siedem.
  Siedem figurek.
MG_KL: Siedem zolnierzykow.
MG_BJ: Na zegarze w salonie bije czwarta nad ranem.
  Za trzy godziny wzejdzie slonce.
  Victor Claythorne stoi naprzeciwko szklanej gabloty.
  Wpatruje sie w figurki porcelanowych zolnierzykow.
  Zostalo ich tylko siedem.
  Doktor Edward Armstrong.
  Kenneth Broven.
  Philip Lombard.
  Victor Claythorne.
  Lawrence Wargrave.
  Emil Brent.
  Thomas Rogers.