MG_BJ: SALON
  Mezczyzni powracaja do salonu.
  Na gramofonie gra plyta.
Armstrong: Trzymam w pogotowiu strzelbe.
MG_BJ: W szklanej gablocie dalej znajduje sie siedem figurek.
Armstrong: Zeby walnac kolba jakby cos sie stalo.
MG_BJ: - Panie Rogers? - wola Broven.
Armstrong: - Kto zabiera te figurki!?
MG_KL: Na kanapie siedzi Rogers
EmilBrent: - A jak zginela pani Rogers?
MG_KL: Pije kawe
Claythorne: [Czy ta strzelba da sie rozbic gablote?
MG_BJ: Zegar pokazuje 5:20.
Armstrong: Podchodze do gabloty.
MG_KL: Jest roztrzesiony
Armstrong: Ogladam ja i co jest w srodku.
  Moze cos na poleczce...
MG_BJ: [ Tak, da sie. Nawet niekoniecznie strzelba, mozna tez bylo czyms innym.
EmilBrent: "Pokoj duszom nieszczesnikow, jezeli zasluzyli sobie na ogladanie Pana w jego chwale."
MG_KL: [Gablota nie jest pancerna...
Claythorne: - Armstrong, rozbij gablote.
MG_BJ: Broven odchrzaka uroczyscie.
Armstrong: "Ciekawe co by bylo gdybym zabral tych zolnierzykow..."
  - Hmm...
Claythorne: - Skonczmy ta kretynska gre.
Armstrong: - Slucham?
MG_BJ: - Mam pewna propozycje... Powinnismy wrocic do poczatku - mowi zagadkowo.
Claythorne: - Wyrzucimy te zolnierzyki.
  - To znaczy?
MG_BJ: - Moze usiadzmy?
  Broven siada na kanapie.
Claythorne: - Co pan ma na mysli?
Armstrong: - Dziekuje, postoje.
Claythorne: Siadam.
Philip_Lombard: - Zolnierzyki nic nie pomoga. Posluchajmy Brovena.
MG_BJ: - Chodzi mi oczywiscie o nagranie. To z oskarzeniami.
Claythorne: Ale w pewnej odleglosci, by miec wszystko na oku.
MG_BJ: - Ja i pan Philip ustosunkuwalismy sie do jego tresci.
  - Pozostali z panow nie - swidruje wzrokiem Brenta, Rogersa, Armstronga i Claythorne'a.
Armstrong: - Dokladniej?
MG_BJ: - Chcecie powiedziec, ze zaden z was nie ma zielonego pojecia, o czym "Sedzia" mowil?
Armstrong: - O tym, ze kazdy z nas kogos zabil.
  - I ze jestesmy oskarzeni.
MG_BJ: - Ze tylko w przypadku mnie i pana Lombarda wypowiedzial fakty?
Armstrong: - Chwila...
  Spogladam ciekawie.
EmilBrent: - Nie sadz, bo bedziesz sadzony... - wypowiadam zamyslonym tonem, zupelnie do siebie
Philip_Lombard: - Panowie. Opowiedzcie nam po prostu swoje historie.
Armstrong: - Jestem za.
  - Dawno o tym mowilem, opowiedziec sobie o nas.
Claythorne: - Ale co nam to da?
Armstrong: - Moze sedzia...
Philip_Lombard: - Panie Rogers, prosze zostawic te plyte. Relaksujaca muzyka sprzyja wyznaniom.
MG_BJ: Zaczyna sie nowy utwor.
Philip_Lombard: - Sedzia, swoja droga, rowniez powinien sie przyznac.
Armstrong: - Do czego?
MG_KL: Rogers od dluzszej chwili przysluchuje sie rozmowie i wyraznie zbiera sie na odwage.
Philip_Lombard: - Do dzisiejszych zabojstw. Taki zart, rzecz jasna.
MG_BJ: Zegar bije szosta rano.
Philip_Lombard: - Prosimy, Panie Rogers!
MG_BJ: Powoli wstaje swit, ale niebo przysloniete jest ciezkimi chmurami.
  Na dworze pada ulewny deszcz, morze jest wzburzone.
Armstrong: - Chwila!
  - Pamietacie ostatnie slowa?
  - Czy mozecie cos powiedziec na swoje usprawiedliwienie...
MG_KL: - Porsze pana - Rogers przelyka sline - Ja i moja.. zona opiekowalismy sie pania Brandy przez wiele lat i bylismy z nia zzyci.
  - Byla osoba slabego zdrowia. marla smiercia naturalna... Zostawila nam bardzo dobre referencje....
Philip_Lombard: - Nie wydaje mi sie, aby tak bylo do konca.
  - Prosze powiedziec. Czy aby ta smierc byla tak do konca naturalna, czy tez zostala nieco przyspieszona?
MG_BJ: Powrocil do was Lawrence.
Lawrence: Wzdycham - Jednak nici ze snu...
MG_KL: - Prosze pana! - oburza sie Rogers.
Armstrong: - Prosze sie uspokoic.
Philip_Lombard: - Wiec sadzi pan, ze jest niewinny?
Armstrong: - Panowie, kto sie przyznaje do win zarzucanych na plycie?
MG_KL: Rogers wychodzi z salonu
Philip_Lombard: - Ja juz sie przyznalem.
Armstrong: - Ja nie zaprzeczalem, i sie przyznaje.
MG_BJ: - Ja tez powiedzialem, jak bylo - wzrusza ramionami Broven.
Claythorne: - Ja tez sie przyznaje...
Armstrong: Opuszczam glowe i zamykam oczy.
Philip_Lombard: - Tylko komu by sie chcialo scigac mnie za to ze na wojnie zginelo przeze mnie dwudziestu dzikusow. Wiedzial o tym tylko moj kompan, ale do niego mam zaufanie.
Claythorne: - Jak sie nazywa?
Philip_Lombard: - Borsuk Bercley
Claythorne: - I czym sie obecnie zajmuje ten czlowiek?
MG_BJ: Broven ziewa osentacyjnie.
Armstrong: Budze sie.
MG_BJ: - Panowie wybacza, robie sie senny.
Armstrong: - He?
MG_BJ: - Musze sie przespac, chociaz godzine.
Philip_Lombard: - Nie widzielismy sie dawno. Dostalem od niego zaproszenie tutaj, mielismy sie spotkac i pogadac.
Armstrong: - Niech pan spi tutaj.
MG_BJ: - Hm, wole jednak u siebie w pokoju.
  - Klamke mozna podeprzec krzeslem.
Armstrong: - Bezpieczniej.
EmilBrent: Usmiecham sie pod nosem.
MG_BJ: - Nie sadze.
  Wychodzi powoli z salonu.
Claythorne: - Czyli po tych zdarzeniach w Afryce az do teraz nie wiedzial pan, co sie dzieje z kompanem?
Philip_Lombard: - Od dluzszego czasu nie mielismy kontaktu.
  - Przyrzeklismy sobie tylko ze to zdarzenie pozostanie tylko miedzy nami.
Claythorne: - Najwyrazniej ktos zlamam to przyrzeczenie.
  - Pytanie brzmi, kto to zrobil.
  - Mam dwa pytania od siebie.
Philip_Lombard: - Coz... jego ciezko byloby zlamac. A po tym jak powyciagalem mu z ciala kilkanascie szrapneli, ma do mnie raczej dlug wdziecznosci.
Claythorne: - Czy ktos zna kogos o nazwisku Hamilton?
Philip_Lombard: - Nie znam.
Claythorne: A pozostali?
Armstrong: - Ja tez.
Claythorne: Brent?
  Lombard?
Philip_Lombard: - Chodzmy juz spac. Rano sprawdzilem jedna rzecz, ktora wlasnie wymyslilem.
Armstrong: "Gluchy jakis..."
Lawrence: Kiwam przeczaco glowa.
Claythorne: - Dobrze.
  - A drugie pytanie.
EmilBrent: - Nie znam.
  Odpowiadam, troche wyrwany z zamyslenia.
Claythorne: - Czy ktokolwiek z was byl kiedykolwiek na obozie w Cleerk Beach?
Armstrong: - Obozie?
Claythorne: - Moze nawet nie obozie, w takim miejscu?
Armstrong: - nie.
  - A jaki to ma zwiazek z nami?
Claythorne: - Wbrew pozorom ma.
Philip_Lombard: - Nie wydaje mi sie, abysmy mieli jakiekolwiek zwiazki ze soba nawzajem.
Claythorne: - A pozostali?
  - Dlaczego nie?
  - Musi byc jakas nic, ktora nas laczy.
Philip_Lombard: - Jest nic. Jakis szaleniec chce nas osadzic.
Claythorne: - Chocby sama postac Sedziego... skad on to wszystko wie?
Armstrong: - Kazdy kogos zabil.
  - To wiadome.
Claythorne: - Rozumiem, ze wszystkim ciezko sie mysli o tej godzinie... ja udaje sie na spoczynek.
Armstrong: - Panowie...
Philip_Lombard: - Dobranoc, ide spac.
MG_BJ: Lombard i Claythorne wychodza z salonu.
Armstrong: Opuszczam glowe i zaczynam chrapac.
MG_BJ: Armstrong zasnal na kanapie.
Armstrong: [ Opierajac sie o gablote!
  [ Stalem ciagle
MG_BJ: [ W porzadku
  Armstrong przysnal na stojaco.
  W pokoju zostali Emil Brent i Lawrence Wargrave.
  Ksiadz po chwili rowniez wychodzi.
Armstrong: Otwieram oczy - Zas... Nie..
  Mimo wszystko zasypiam na stojaco.
MG_KL: Armstrong przewraca sie
Armstrong: - Au...
MG_BJ: Armstrong opada miekko na kanape.
  Po chwili zasypia ponownie.
  Obok chrapie juz Lawrence.
Armstrong: Trzymam w rece pusta strzelbe.
 
 
MG_BJ: Wszyscy zasneli.
  Niektorzy w swoich pokojach, dwie osoby w salonie.
  Zegar powoli odmierza czas.
  Deszcze nie przestaje padac.
  Wybija godzina siodma.
  Potem osma.
  Potem dziewiata.
  Krotko po dziewiatej Armstrong otwiera gwaltownie oczy.
  Mial chyba przykry sen.
  Ale nie moze go sobie przypomniec zaraz po przebudzeniu sie.
  Obok dalej mocno chrapie Lawrence.
  Wzrok Armstronga bladzi po pokoju i zatrzymuje sie na gablocie.
  W srodku jest juz tylko szesc figurek.
 
 
MG_BJ: SALON
Armstrong: - Ah!
  Patrze na zegarek.
  "Szesc zlonierzykow..."
  - CO!? - wrzeszcze na caly dom
  Budze lawrenca
  - ZBUDZ SIE!
  - ZBUDZ SIE!
MG_BJ: Armstrong potrzasa Lawrencem.
Armstrong: - ZBUDZ SIEEEE!
  Policzkuje go.
Lawrence: Otwieam oczy.
Armstrong: - Uf!
  - Zyjesz...
  - Jeden mniej!
Lawrence: Robie bardzo przestraszona mine.
Armstrong: - Szybko, na pietro!
  - Zwawo!
MG_BJ: Nie trzeba.
  Twoj krzyk pewnie ich pobudzil.
  O, wlasnie przybiega Lombard.
Philip_Lombard: - Co sie stalo? Kto umarl?!
Armstrong: - Nie wiem!
  - Budze sie, patrze, a tu 6 figurek!
  - Trzeba przeszukac pokoje..
Lawrence: Oddycham ciezko.
Philip_Lombard: - Ach...
Armstrong: Ktos...
  "Moze Brent..?"
  Ide na pietro
MG_BJ: Wszyscy wychodza, spotykaja w przejsciu Brenta.
EmilBrent: Patrze, co sie dzieje?
MG_BJ: Ksiadz idzie z pozostalymi na gore.
Philip_Lombard: - Sprawdzmy najpierw pietro, potem Rogersa.
Lawrence: Wstaje.
MG_BJ: Zostales sam w salonie.
  Lawrence po chwili rowniez wychodzi.
 
 
MG_BJ: PIETRO
Philip_Lombard: Pukam do pokoi.
EmilBrent: Patrze, co sie dzieje?
Armstrong: Suzkam Rogersa
Claythorne: - Co jest?
Philip_Lombard: - Juz rano! Prosze wszystkich o znak zycia!
Armstrong: - NIe zartuj sobie!
MG_BJ: Jestescie wszyscy na pietrze.
  Brakuje Lawrenca, ktorego Armstrong zostawil w salonie.
  No i Rogersa.
Armstrong: - Chyba Rogers zmarl...
Philip_Lombard: - Och! Skoro zostalo 6 figurek, wydaje mi sie oczywiste...
Armstrong: - Lawrence zyje.
MG_BJ: Mozecie oczywiscie zajrzec na poddasze.
  Do zebranych tu dolacza Lawrence.
Armstrong: - Na poddasze, szybko!
Philip_Lombard: - Zobaczmy poddasze
 
 
MG_BJ: PODDASZE
  Przychodza Armstrong, Lombard, Brent, Claythorne i Broven.
Armstrong: Rozgladam sie.
MG_BJ: Zagladacie do pokoju Rogersa. Jest pusty. Nie ma tam ani ciala zony, ani lokaja.
Philip_Lombard: - Panie Rogers!
Armstrong: Zagladam do drugiego pokoju.
MG_BJ: Po krotkiej chwili dostrzegacie jednak, ze cialo Rogersowej spoczywa w tym drugim, pustym.
  Ale lokaja tam nie ma.
  Nie odpowiada na okrzyk.
  Na poddaszu pojawia sie takze Lawrence.
Armstrong: - Panowie, wybaczcie, ze tak was ganiam, ale wracamy na pietro.
MG_BJ: Lokaja nie ma, cialo Rogersowej zostalo przeniesione do drugiego pokoju.
  - Dobrze - mowi Broven.
Philip_Lombard: Czy sa jakies slady na jej ciele?
MG_BJ: Nie, zadnych nowych.
  Nadal ma agonalnie wykrzywiona twarz, ale poza tym cialo wyglada tak jak wygladalo.
Philip_Lombard: - Dobrze, wracajmy.
 
 
MG_BJ: PIETRO
  Na pietrze Armstrong i Lombard przystaja, czekajac na pozostalych.
Armstrong: Czekam na reszte.
  Trzymajac bron w rece.
MG_BJ: Schodza rowniez Claythorne i Broven.
Armstrong: - Daj mi naboj.
Claythorne: - Po co?
Philip_Lombard: - Co sie dzieje?
Armstrong: - Na wszelki wypadek.
  - Jeden.
MG_BJ: Pojawia sie ojciec Brent.
Claythorne: - Wypadki chodza po ludziach...
MG_BJ: - Na jaki wypadek? - pyta Broven, mruzac oczy.
Claythorne: Daje Armstrong'owi jeden naboj.
MG_BJ: Jako ostatni z poddasza schodzi Lawrence.
Armstrong: Nabijam strzelbe.
  Ide powoli w strone dwoch pokoi.
Philip_Lombard: - Wybacza panowie, ale w tej sytuacji poczekam w salonie.
Armstrong: Pustego i wywazonego.
MG_BJ: - Pojde z panem - mowi Broven.
Philip_Lombard: Wychodze
MG_BJ: Broven idzie za nim.
  W zadnym z tych pomieszczen nie znajdujecie niczego nowego.
Armstrong: - Chyba niepotrzebny byl naboj.
  Wyjmuje naboj i oddaje Victorowi.
  Wychodze.
Claythorne: Biore go spowrotem.
MG_BJ: Pozostala czworka opuszcza pietro.
 
 
MG_BJ: SALON
  Do salonu wchodza Broven i Claythorne.
MG_KL: - Moze zobaczymy, czy Rogersa nie ma w kuchni? - Sugeruje Broven.
Claythorne: - Mozemy.
  - Prosze przodem.
MG_KL: Broven udaje sie do kuchni
MG_BJ: Obaj wychodza, mijajac sie w drzwiach z Lawrencem i Brentem.
Lawrence: - Nie wiem jak Pan, ale ja sie wlasnie zmeczylem tym bieganiem.
  Wzdycham ciezko.
  - Ufff - opadam na fotel.
  Siegam ku butelce i kieliszkom.
EmilBrent: - Ktos wybierze sie ze mna na poranna modlitwe do kaplicy?
Lawrence: - Jesli poczeka Pan z kwadrans to pojde.
EmilBrent: - Niech tak bedzie. - mowie, myslac jednak, ze zwkloka w tej kwestii jest naganna
Lawrence: - Szykuje sie ciezki dzien...
EmilBrent: - Racja. Juz poczatek jest nielatwy...
  - Ale przeciez Pan pamieta o nas rowniez i na tej wyspie.
  Zastanawiam sie chwile, po czym pytam.
  - Co Pan mysli o tym wszystkim?
Lawrence: - Nie jestem szczegolnie wierzacy... ale mam szczera nadzieje ze ma Pan racje.
  - Hmm...
  - Wydaje mi sie, choc to pewnie malo optymistyczne, ze znalezlismy sie w pulapce, z ktorej pisane nam jest sie nie wydostac.
  - Przynajmniej jak na razie wszystko na to wskazuje.
  - Ktos zadal sobie wiele trudu, aby to wszystko zaaranzowac.
EmilBrent: "I chocbym kroczyl ciemna dolina..."
Lawrence: - Wystarczajaco wiele, abysmy znalezli sie w sytuacji bez wyjscia.
EmilBrent: - Z kazdej sytuacji moze byc wyjscie.
  - Wystarczy powierzyc sie woli Pana.
Lawrence: - Teoretycznie ma Pan racje. Ale calkowicie brak nam organizacji.
EmilBrent: - Chodzmy do kaplicy, po modlitwie dokonczymy rozmowe.
Lawrence: - Zgoda.
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
  Wchodzi doktor Armstrong.
Armstrong: Rozgladam sie.
MG_BJ: Pusto.
Armstrong: Dokladniej sie rozgladam.
MG_BJ: Pozmywane naczynia w zlewozmywaku.
  Troche okruszkow od chleba na blacie bufetu.
Armstrong: Rozgladam sie az nie znajde ciala Rogersa.
MG_BJ: Przygaszone gorne swiatlo, zapalona boczna lampka.
  Tu go nie ma... ale mozesz zajrzec do lodowki...
Armstrong: Boje sie.
MG_BJ: Wahasz sie.
Armstrong: Otwieram lodowke i od razu schodze na bok.
MG_BJ: Nie, tam go tez nie ma...
Armstrong: Patrze co jest w lodowce.
MG_BJ: Tylko warzywa, miesiwa, otwarte konserwy.
Armstrong: Patrze na mieso.
MG_KL: Do kuchni wchodza Broven i Claythorne
MG_BJ: Wyglada jak indyk i kurczak.
Armstrong: Biore kawalek kurczaka.
  I zaczynam go jesc.
MG_KL: - Co pan robi? - pyta zdziwiony Broven
Armstrong: - Konsumuje.
  Zamykam lodowke.
MG_KL: - Podobno szukamy Rogersa - mowi z przekasem
Armstrong: - A co panowie tu robia?
MG_KL: - Szukamy Rogersa?
Armstrong: - Ja szukalem go w lodowce. Znalazlem kurczaka - nie dalem mu sie zmarnowac.
  - Tu go nie ma.
MG_KL: - Doprawdy?
Armstrong: - Szukalem.
MG_KL: - Kurczaka?
Armstrong: - Myslalem ze jak bede szukal to go znajde.
  - Rogersa.
MG_KL: - Skoro go tu nie ma, to moze zobaczmy na zewnatrz?
Armstrong: "Juz czlowiekowi nie dadza zjesc podczas poszukiwan..."
  - Moze do... zagajnika?
MG_KL: - Pan prowadzi.
MG_BJ: Cala trojka wychodzi.
 
 
MG_BJ: WYSPA
Armstrong: Uwazam.
MG_BJ: Zanim doszliscie do zagajnika, musieliscie przejsc obok szopy.
  I wtedy dostrzegliscie Rogersa.
  Lezy nieruchomo obok pienka do rabania drewna.
Armstrong: - Hm...
  - Jednak wierszyk.
  Ide do szopy.
 
 
MG_BJ: PIWNICA
  Do piwnicy zszedl w pojedynke Lombard. Zapala swiatlo.
  Skrzynki i pudelka z zapasami zywnosci zajmuja wszystkie polki.
  Ale piwnica sprawia wrazenie zbyt malej w porownaniu z gornymi kondygnacjami.
Philip_Lombard: Podchodze do sciany, gdzie powinno byc brakujace pomieszczenie.
MG_BJ: Na pierwszy rzut oka wyglada niewinnie.
  Ale dosc szybko dostrzegasz cos, co wyglada na zakamuflowane drzwi.
  Musisz jednak przyznac, ze nie sa starannie ukryte.
  Po prostu nikt z was nie szukal drzwi w tym miejscu.
Philip_Lombard: "Moga byc zabezpieczone pulapka"
  "Niech otworzy je ktos inny"
MG_BJ: Ogladasz je, ale chyba nie ma tu zadnej pulapki.
  "Raz kozie smierc..."
Philip_Lombard: Dobrze, otwieram wiec.
MG_BJ: Drzwi uchylaja sie dosc ciezko.
  Po drugiej stronie znajduje sie tonace w mroku pomieszczenie.
Philip_Lombard: Jest swiatlo?
MG_BJ: A macasz za przelacznikiem?
Philip_Lombard: Podswietlam sciane zapalniczka
MG_BJ: Widzisz kawalek pomieszczenia i wlacznik swiatla na scianie obok drzwi.
Philip_Lombard: Wlaczam.
MG_BJ: Cyk.
  Pomieszczenie zalewa swiatlo.
  Najpierw dostrzegasz duzy pojemnik ustawiony posrodku pomieszczenie.
  Biegna do niego i od niego rury.
  Bojler.
  Potem stolik pod sciana za bojlerem.
  Cos na nim lezy.
Philip_Lombard: "Bojler w ukrytym pomieszczeniu?!"
MG_BJ: I jeszcze jakies metalowe rurki, taki dziwny troche stelaz, zajmujacy czesc sufitu nad i obok bojlera.
Philip_Lombard: Podchodze do stolika.
  Omijam przestrzen pod rusztowaniem.
MG_BJ: Na stoliku lezy para bialych rekawiczek i skalpel.
  Sa chyba pobrudzone skrzepnieta krwia.
Philip_Lombard: Cos jeszcze?
MG_BJ: Nie, nic tu nie ma.
Philip_Lombard: Przygladam sie jeszcze stelazowi.
MG_BJ: Po chwili domyslasz sie, do czego moze sluzyc.
Philip_Lombard: Suszenia skor zwierzecych?
MG_BJ: Nie. Tamtedy biegly chyba kiedys rury pod sufitem obudowane stelazem, ktory z kolei pokryto termoizolacyjnym materialem.
  Ale byc moze przebudowano piwnice, rury pociagnieto jakos inaczej. Tylko stelaz pozostal.
Philip_Lombard: Hmmm... nic specjalnego wiec.
  Przeszukuje jeszcze sciany - to moze byc tylko przedsionek do jakiegos innego pomieszczenia.
MG_BJ: Szukasz dluzsza chwile, ale niczego nie znajdujesz.
Philip_Lombard: Krew jest zaschnieta od jak dawna?
MG_BJ: Trudno powiedziec. Kilka dni?
Philip_Lombard: W porzadku...
  Wracam.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  Lawrence i Brent ida ku kaplicy.
  Po drodze zauwazyli male zbiegowisko obok szopy.
  Skrecaja wiec w tamta strone.
 
 
MG_BJ: SZOPA
  Obok szopy pojawiaja sie Armstrong, Broven i Claythorne.
Armstrong: Rozgladam sie.
MG_KL: Widzisz lezacego na pienku Rogersa
Armstrong: "Spoczywaj w pokoju..."
MG_KL: Obok, oparta o sciane szopy, stoi siekiera
  Z czerwonym nalotem na ostrzu
Armstrong: [ Jak lezy?
MG_KL: Jej ostrze idealnie pasuje do dziury, ktora Rogers ma w glowie
  piersia na pniu
  Cios musial pasc z tylu
  - No i mamy kolejna ofiare - mruczy Broven
Claythorne: - Zostalo szescioro.
Armstrong: - Tak...
Claythorne: - Kto poszedl pierwszy spac?
Armstrong: - Teraz ul.
Claythorne: - A pod ul nie podchodzila trucizna w strzykawce?
Armstrong: - Sam juz nie wiem...
MG_KL: Lombard chyba pierwszy poszedl spac...
Claythorne: - Lombard, prawda?
MG_KL: - Mozliwe, nie pamietam dokladnie. Bylem zmeczony. - mowi Broven
EmilBrent: Patrze, co sie dzieje.
MG_KL: Przychodzi Brent
  i Wargrave
  Widzicie Clathorne'a, Armstronga i Brovena
  Pochylaja sie nad cialem Rogersa
  Obok stoi siekiera, narzedzie zbrodni
Claythorne: - Nie mam pomyslu...
MG_KL: Do grupy dolacza Lombard
Philip_Lombard: - Znalazlem jakies pomieszczenie w piwnicy, ale nie bylo tam niczego ciekawego.
Armstrong: - Pomieszczenie?
MG_KL: Widzisz cialo Rogersa lezace na pniu
Lawrence: - To wszystko jest zupelnie bez sensu...
Claythorne: - Zdecydowanie.
Armstrong: - Cholera!
Philip_Lombard: "Skalpel chirurgiczny, a Armstrong od razu sie zainteresowal."
MG_KL: - Ale jest zabojczo prawdziwe...
Claythorne: - Uwazam, ze na wyspie jest ktos trzeci.
Lawrence: - To bardzo optymistyczne zalozenie.
Armstrong: - O ktorej miala przyjechac motorowka?
Claythorne: - Ale zalozenie, ze ktos z nas jest zabojca, mi nie pasuje.
MG_BJ: Jest teraz dziesiata.
Claythorne: - Prosze ksiedza, a ksiadz kogo zabil?
Armstrong: - Szczerze, to ma pan racje.
MG_BJ: Deszcz przestal padac, ale niebo zasnuwaja ciezkie chmury.
  Morze jest wzburzone.
EmilBrent: Patrze zdziwiony, nawet nie oburzony, na Claythorne'a.
MG_BJ: Widzicie stad zarysy Tenby, ale zadna lodz ku wam nie plynie.
Claythorne: - Kazdy kogos zabil, po co ten wzrok, prosze powiedziec.
Armstrong: - Tutaj kazdy jest rowny.
Lawrence: - Moze obejrzymy ta piwnice dokladniej ?
Claythorne: - Nie, mamy czas.
Lawrence: - Moze przeszukamy dokladnie caly dom i cala ta wyspe ?
Claythorne: - Chce uzyskac odpowiedz.
Philip_Lombard: - Przeprazsam na chwile.
MG_BJ: Lombard oddala sie w kierunku domu.
MG_KL: - Moznaby zec -- bracia w zbrodni - ironizuje Broven
Armstrong: - Jestem za.
Claythorne: - Gdzie on poszedl?
 
 
MG_BJ: PIWNICA
Philip_Lombard: Biore skalpel i rekawiczki.
  Wracam.
 
 
MG_BJ: SZOPA
EmilBrent: - Nikogo nie zabilem. - mowie rzeczowym tonem
Claythorne: - To dlaczego sie ksiadz tutaj znalaz?
Armstrong: - Nieumyslne spowodowanie smierci?
  - Przypadek?
EmilBrent: - Beatrix, o ktorej mowa byla w nagraniu, a ktorej niech Pan swieci nad dusza, sama odebrala sobie zycie.
MG_BJ: Powrocil przejety Lombard.
Philip_Lombard: - Panie Armstrong!
Claythorne: - A jaki pan mial w tym udzial?
MG_KL: - Jest pan w identycznej sytuacji jak ja, ksieze.
Armstrong: - Taak?
Philip_Lombard: - Czy moglby pan powiedziec cos wiecej na temat tego skalpela?
EmilBrent: - Pracowala na plebanii, poki nie zaszla w ciaze w jakims nieznajomym. Wtedy ja zwolnilem.
Armstrong: - Jakiego skalpela?
Lawrence: - Jakiego skalpela?
Philip_Lombard: Pokazuje rekawiczki chirurgiczne i skalpel pokryty zakrzepla krwia.
Armstrong: - Ciekawe...
  - Uwaza pan, ze to moja wina tak?
Claythorne: - I wtedy popelnila samobojstwo? Bezposrednio po otrzymaniu od pana zwolnienia?
Philip_Lombard: - Nie uwazam nic, ale morderca juz raz zabil panskim narzedziem.
Lawrence: - Conajmniej "ciekawe", Panie Armstrong...
Armstrong: - Tak, wiem.
EmilBrent: - Nie wiem, kiedy dokladnie. Nigdy nie widzialem jej potem.
Armstrong: - Ale widzicie panowie...
  - Ja swoja torbe chowam do pokoju.
  - I zamykam go na klucz.
EmilBrent: - Dowiedzialem sie o tym od znajomych.
Claythorne: - Rozumiem, prosze ksiedza.
Armstrong: - Tych rzeczy nie moglem zrobic, bylem z wami.
Claythorne: - To mi wystarcza.
Lawrence: - Czyli dostep do tej Torby ma teoretycznie tylko Pan ?
Armstrong: - Teoretycznie.
  - Byla okazja, podczas ktorej mozna bylo zabrac pare rzeczy...
Lawrence: - Nie jestem optymista, Panie Armstrong.
Armstrong: - Widzi pan, podczas gdy ja badalem cialo generala...
Philip_Lombard: - Ma pan nadal naladowana strzelbe?
Armstrong: - Torba byla otwarta.
  - Nie.
  - Victor ma naboje.
  - Wracajac do torby.
Lawrence: Spogladam na niego podejrzliwie.
EmilBrent: - Ale dziwi mnie, ze jezeli sobie nie ufacie nawzajem, czemu po prostu nie trzymamy sie razem.
Armstrong: - Gdy ja badalem cialo, pan Broven albo pan, panie Wargrave, mogl zabrac te rzeczy.
  - Staliscie przy mnie.
  - Ja tylko mowie.
EmilBrent: - Wilkowi trudno wkrasc sie w stado, ktore jest zgodne.
Claythorne: - W sumie racja, prosze ksiedza.
Armstrong: - Ja tylko mowie.
  - Mowie...
MG_BJ: Zaczyna znowu padac deszcz.
Armstrong: - Gdy zabito Blora, bylem z wami.
MG_BJ: Stoicie obok szopy, zgromadzeni wokol martwego Rogersa.
Lawrence: - Ja takze bylem wsrod Was.
Armstrong: - Wlasnie.
Lawrence: - Kogo wiec nie bylo z nami?
Armstrong: - Jednak uwazam, ze moze byc ktos trzeci.
  - Ksiadz przybiegl zaspany...
Claythorne: Ja tez sie przychylam do tej opinii.
  - Wspominalem o tym juz wczesniej.
Armstrong: - Owszem, ksiadz tez byl, ale chodzil po kapliczce i nic nie mowil.
Lawrence: - Czy podczas wszystkich... tych zgonow... czy kazdy z nas ma jakies alibi?
Claythorne: Z pewnoscia.
Armstrong: - Chyba tak.
Lawrence: - Czy jest druga osoba ktora moze poswiadczyc ?
Claythorne: - Z pewnoscia nie.
Armstrong: - Mimo wszystko...
  - Pametacie wiersz?
Claythorne: Tak.
Armstrong: - Bylo tam, ze jeden sie powiesil.
  - Ostatni.
Philip_Lombard: - Problem w tym, ze tylko zgon Blore'a byl, jakby to powiedziec... bezposredni.
MG_BJ: Uderza w was podmuch wiatru, deszcz nasila sie.
Armstrong: - A ten, kto nas zabija, nie powiesilby sie chyba pod koniec?
Claythorne: - Chodzmy do salonu.
Armstrong: - Dobrze.
Claythorne: - A dlaczego nie, Armstrong?
Philip_Lombard: Ide do salonu
Armstrong: - Nie wiem.
Lawrence: Kiwam glowa.
EmilBrent: - Przepraszam, ze sie wtrace, ale jak zginela Pani Rogers?
Claythorne: - Pogadamy w salonie.
Armstrong: Zatrzymuje sie.
  - Trucizna w omjej strzykawce.