MG_BJ: SALON
  Szesciu mezczyzn powraca do salonu.
Claythorne: - Panie Armstrong.
Armstrong: - Tak?
Claythorne: - A co jesli morderca uwaza.
Philip_Lombard: "6 figurek..."
Claythorne: - Ze ma jakas misje.
  - I w jej imie chce nas ukatrupic.
Lawrence: "Strzykawka... skalpel... samochod..."
Armstrong: - Ciekawe...
Claythorne: - A gdy juz skonczy, nie bedzie mogl uniesc brzemienia.
MG_BJ: W salonie jest cieplo i przytulnie.
Claythorne: - I postanowi umrzec.
MG_BJ: Deszcz i wiatr zostaly na zewnatrz.
Claythorne: - Wierszyk jest tylko metafora, ktora powinna nam pomagac.
Armstrong: - Panowie..
Philip_Lombard: - Mozliwe, ze Sedzia jest jednym z nas i ze czuje sie bardzo winny.
Armstrong: - Victor.
Claythorne: - Czy ktos idzie ze mna do kuchni? Chcialbym cos zjesc.
  - Jednoczesnie wole nie pozostawac samemu.
Armstrong: - VIctorze, mam sprawe.
EmilBrent: - Pojde, tez bym cos zjadl.
Armstrong: - Tez wolalbym nie pozostawac...
Claythorne: - Dobrze.
MG_BJ: Ksiadz wychodzi.
Armstrong: - Poczekaj
Claythorne: Hm?
Armstrong: - Taka dziwna sprawa...
Claythorne: - tak?
Armstrong: Szept - Potrzebuje do toalety..
Claythorne: - Zaraz.
  - Albo wez Lawrenca.
Armstrong: - Dobrze...
Lawrence: - Pojde.
Claythorne: Wychodze do kuchni.
Armstrong: - Dziekuje.
  - Aj!
  - Szybko...
  Ide szybkim krokiem do kibelka.
MG_BJ: Lawrence idzie ociezale za nim.
  W salonie zostali Broven i Lombard.
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
  Do kuchni wchodza Claythorne i ojciec Brent.
Claythorne: Szukam czegos do jedzenia.
  - A ksiadz jaka ma teorie?
EmilBrent: Ja rowniez, szukam jakiegos chleba.
  - Nie znam sie na takich sprawach...
Claythorne: - Ale ma pan jakies przypuszczenia.
EmilBrent: - Moze po prostu w zamiarach Pana byloby, abysmy tu dokonali zywota...
Claythorne: - Takie mowienie jest niebezpieczne - mrugam do niego i sie usmiecham.
EmilBrent: Tez sie usmiecham, mowiac: - Ale przeciez On ma nas w Swojej opiece.
Claythorne: - Ma, ma.
  - Ale to nie zmienia faktu, ze musimy sie o siebie troszczyc.
  [Jest cos do jedzenia? Jesli tak, jem.
EmilBrent: - Dlatego dziwi mnie, ze po prostu nie trzymamy sie razem.
MG_BJ: Tak, lodowka jest suto zaopatrzona.
Claythorne: - Mysli ksiadz, ze morderca jest wsrod nas?
MG_BJ: Mieso: wedliny, kurczak, pieczen.
Claythorne: Jem, popijajac herbata.
MG_BJ: Pieczywo. Warzywa. Kilka otwartych konserw.
EmilBrent: - Chyba nie, nikt nie budzi moich podejrzen.
  - Mysle ze musi byc tu ktos poza nami.
Claythorne: - Wiec jednak ktos trzeci?
  - Musimy zalozyc.
EmilBrent: Biore kawealek sera i klade go na chleb.
  - Moze wyda sie to dziwne, ale...
Claythorne: - Ze to ktos, kto zna nasze sekrety. Jakie mamy inne wyjscie? Skad je poznal? Przeciez nie zaglada w nasze dusze.
  - Tak?
EmilBrent: - Czemu po prostu nie usiadziemy an brzegu wszyscy razem i nie poczekamy na lodz?
Claythorne: - W sumie, sam nie wiem.
  - Pogoda nie sprzyja?
  - Poza tym, przewoznik klamal mowiac o radiostacji.
EmilBrent: - Wiec lepiej umrzec niz przemoknac?
Claythorne: - Wiec czy mowil prawde o tym, ze tu przyplywa?
EmilBrent: - Ech, moze to on? - mowie z poblazaniem
Claythorne: - Nie wiadomo - usmiecham sie blado.
  - Wracamy do salonu?
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
  Na korytarzu wiodacym do lazienki pojawiaja sie Lawrence i Armstrong.
  Jestescie obok lazienki,
  Ciala Blore'a oczywiscie juz tu nie ma, wyniesiono je do kaplicy.
  Ale pozostala plama zaschnietej krwi.
Lawrence: - Ehh..
Armstrong: - Czuje, ze umre.
  - Wchodzimy.
  Otwieram drzwi.
Lawrence: - Doktorze...
Armstrong: - Takk?
  Trzymam strzelbe.
Lawrence: - Chcialbym z Panem chwile porozmawiac...
Armstrong: - Oczywiscie. Pozwoli pan...
  Rozpinam rozporek...
  Oczywiscie Lawrence mnie nie widzi od przodu.
  Zaczynam.
Lawrence: Przecieram twarz dlonia.
  Siegam do kieszeni.
Armstrong: Trzymam strzelbe..
Lawrence: Spogladam na zegarek.
Armstrong: "uf..."
  Koncze.
  Zapinam rozporek.
  Biegne do salonu.
Lawrence: Spogladam zamyslony na Armstronga.
MG_BJ: Lawrence wraca rowniez do salonu.
 
 
MG_BJ: SALON
Philip_Lombard: Siadam w fotelu czekajac na powrot reszty.
  "Beznadziejnie. Czekam tylko az sie pozabijaja, nie majac pojecia kto jest morderca. Moze by tak przyspieszyc ten obrot spraw...?"
MG_BJ: Zostales sam w salonie.
  Claythorne i Brent sa w kuchni.
  Slyszysz ich glosy.
Philip_Lombard: Obstawiam wlasnie ksiedza jako morderce.
MG_BJ: Wracaja doktor i Lawrence.
MG_KL: - Wrocil pan caly - usmiecha sie ironicznie Broven
Philip_Lombard: - Maja panowie jakies typy, kto posrod nas moze byc morderca?
Armstrong: - Tak i nie.
MG_KL: - Typy? Prawie kazdy mogl to zrobic...
Lawrence: - "Prawie" ?
MG_KL: - Czasem bylismy w grupie.
  - Chocby smierc Blore'a
Armstrong: - Nieprawda.
Philip_Lombard: - To akurat mogl zrobic tylko ksiadz.
MG_KL: - Wiekszosc osob pobiegla od razu na gore do pani Rogers.
Armstrong: - Nie bylo z nami Brenta.
  Patrze na figurki...
MG_BJ: Z kuchni powracaja Claythorne i Brent.
Lawrence: - Hmm.. w rzeczy samej... nie bylo
Philip_Lombard: - Panie Armstrong, czy moze pozwolic pan ze mna do kuchni?
Armstrong: - Hm...
  - Musimy?
Claythorne: - Moze w czyms pomoc?
MG_BJ: Emil Brent usiadl na kanapie i zaczal czytac Biblie.
Philip_Lombard: - Panie Claythorne, z panem rowniez chcialbym cos rozwazyc. We 3.
Claythorne: - Dobrze.
Armstrong: - Dobrze, pojdzmy.
Claythorne: - W kuchni?
Armstrong: - Panie Claythorne..
Philip_Lombard: - Tak
Armstrong: - Pane Lombard moze na nas tam pan poczekac?
MG_BJ: Lombard idzie do kuchni.
Armstrong: - Victor..
Claythorne: - O co chodzi, Ed?
Armstrong: - Zajdzmy po drodze do lazienki.
  - Na sekunde.
  - Znaczy sie pod drzwi.
Claythorne: - Po co?
Armstrong: - Na chwile.
Claythorne: - Czemu mialby nie isc z nami Lombard?
Armstrong: - Nie ufam mu.
Claythorne: - Rozumiem.
  - Dobrze, chodzmy.
Armstrong: - Nie wiem czmeu, ale nie ufam.
  Ide.
Claythorne: Ja takze ide do lazienki.
MG_KL: Broven takze opuszcza salon.
MG_BJ: Zostali tu Lawrence i Brent.
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
Claythorne: - Slucham Cie?
Armstrong: - Daj mi jeden naboj.
Claythorne: - Po co?
Armstrong: - Nigdy nic nie wiadomo.
  - Nie martw sie.
Claythorne: Zastanawiam sie chwile.
  - Masz.
  Podaje mu naboj.
Armstrong: - Dziekuje.
  Laduje strzelbe.
  - A teraz cohdzmy.
Claythorne: - Do kuchni?
Armstrong: - Tak.
Claythorne: - Dobrze.
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
  Do kuchni przychodzi Lombard.
  W kuchni nikogo poza nim nie ma.
  Ale jest za to sporo jedzenia.
  Jestes glodny.
  Oczywiscie, masz tez zapasy, ktore nosisz ciagle przy sobie.
Philip_Lombard: Zjadam cos z zapasow.
  Chociaz rozumiem juz, ze Sedzia jest wyrafinowany i nie uzylby trucizny dwukrotnie.
MG_BJ: Wydaje ci sie, ze cos lezy za lodowka.
  Jakis taki dziwny ksztalt.
  Maly.
Philip_Lombard: Podchodze.
MG_BJ: Przychodza Claythorne i Armstrong.
Armstrong: - Przepraszam za spoznienie.
  Trzymam strzelbe.
Claythorne: - Co sie dzieje?
Philip_Lombard: - Zauwazylem cos za lodowka.
Armstrong: - Jak to?
Claythorne: Podchodze.
Armstrong: Ja tez.
MG_KL: Dolacza do was Broven
Philip_Lombard: - Dobrze ze ma pan strzelbe. Nie sadzicie, ze moze juz czas jej uzyc?
Armstrong: - Co pana tu sprowadza?
MG_BJ: Hm. Nie. To tylko kawalek miesa, ktory lezal za lodowka.
Armstrong: - Co pan ma na mysli?!
MG_BJ: Fragment kurczaka.
Armstrong: Odsuwam sie.
Philip_Lombard: - Kurczak...
Claythorne: - W jakim celu chcialby pan uzyc strzelby?
MG_BJ: Cos puka glosno kilka razy w okno.
  Galaz.
Armstrong: Patrze na okno
MG_BJ: Wiatr jest dosc silny, to galezie drzewa w ogrodzie tak lopocza.
Philip_Lombard: - Panie Claythorne, zdaje sie ze ma pan dosc silny typ, kto jest zabojca.
Claythorne: - Dlaczego pan tak uwaza?
Philip_Lombard: - Widze jak pan patrzy na ksiedza, nieprawdaz?
Claythorne: - Myslalem o nim.
  - Ale to nie on.
  - Chyba nie.
Philip_Lombard: - Coz, to wy macie strzelbe.
Armstrong: - Nie zastanawia cie to, ze od poczatku nic nie mowil?
Claythorne: - Choc jego slowa pasuja nieco do teorii.
MG_KL: - Nie zawsze mial mozliwosc
Philip_Lombard: - I naboje.
Claythorne: - Ale raczej to nie on.
Philip_Lombard: - Akurat on jedyny zawsze mial mozliwosc.
MG_KL: - To fanatyk religijny, ale nie morderca.
Claythorne: - Jak to?
Armstrong: - Hm...
Philip_Lombard: - Chocby Blore.
MG_BJ: Lombardowi wysunela sie z dloni kanapka.
  Upadla na podloge.
Philip_Lombard: - I jeszcze jedna rzecz.
MG_BJ: Nie zdazyl jej zlapac.
Claythorne: - W sumie mamy dwa naboje, mozemy jeden sobie zostawic, jesli jakis morderca jeszcze zostanie...
Philip_Lombard: Podnosze kanapke, odkladam na blat.
Claythorne: Patrze na Lombarda podejrzliwie.
Armstrong: Trzymam w pogotowiu strzelbe.
  Odsuwam sie krok.
Philip_Lombard: - Tylko religijny czlowiek wybudowalby przy swoim domu kaplice.
Claythorne: - Z jednej strony tak.
  - Ale z drugiej...
Armstrong: - Moze byc tez leniwy.
Philip_Lombard: - Coz, nie sugeruje nic wiecej. Decyzja nalezy do was.
  - Udam sie juz do salonu.
Claythorne: - W sensie, czy mamy zabic ksiedza czy nie?
Philip_Lombard: Wychodze.
Claythorne: - Pan nam to pozostawia?
  - Te decyzje?
Philip_Lombard: - Tak.
MG_BJ: Lombard wychodzi szybko z kuchni.
 
 
MG_BJ: SALON
  Do salonu wraca Philip Lombard.
EmilBrent: Przerzucam strone.
MG_BJ: Wrocil tez Broven, ale po chwili wychodzi do kuchni.
Philip_Lombard: - Bog jest sedzia sprawiedliwym, ktory za dobre wynagradza, a za zle karze, nieprawdaz?
Lawrence: - Mozliwe.
Philip_Lombard: Patrze na Brenta
EmilBrent: Usmiecham sie.
Philip_Lombard: - Coz wiec ksiadz sadzi o czlowieku, ktory nas tutaj osadza i karze?
EmilBrent: - Gdy zle uczynki popelniasz, Bog chce, bys wszedl na lepsza droge.
  - "Nie zabijaj."
Philip_Lombard: - Za zadna cene?
MG_BJ: Lawrence wychodzi.
EmilBrent: - Ludzkie zycie nie ma ceny.
MG_BJ: Zostaliscie w salonie sami.
Philip_Lombard: - Nawet odkupienia win z przeszlosci?
EmilBrent: - Nawet. Sa lepsze sposoby.
Philip_Lombard: "To dobry moment..."
  - Mam do ksiedza pytanie
EmilBrent: - Slucham.
Philip_Lombard: - Nie spowiadalem sie nigdy z tego, co zrobilem wtedy w Afryce.
MG_BJ: Do salonu powraca z kuchni Lawrence.
Lawrence: Siadam z obfita kanapka.
EmilBrent: Przysluchuje sie uwaznie Philipowi.
Philip_Lombard: - Czy moglby mnie ksiadz wyspowiadac i rozgrzeszyc w kaplicy?
EmilBrent: Usmiecham sie. - Widzisz, synu, to jest wlasnie lepszy sposob odkupienia win. Oczywiscie, ze moglbym.
Philip_Lombard: "Cholerny Lawrence!"
  - Mozemy teraz?
EmilBrent: - Czemu by nie...
  - Chodzmy.
Philip_Lombard: Ide do kaplicy.
MG_BJ: Lombard i Brent ida do kaplicy.
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
Armstrong: - Cholera...
  - Victorze.
Claythorne: - Dziwne.
  - Smierdzi mi to.
Armstrong: - Co o tym myslisz?
Claythorne: - Mysle, ze on nas podpuszcza.
MG_BJ: Przyszedl Broven.
Armstrong: - Moze ksiadz jest dla niego niewygodny?
MG_BJ: - Jest tu cos do jedzenia?
Armstrong: - Jest duzo.
  - Niech pan poszuka w lodowce.
MG_BJ: - O! - podchwytuje. - Dla kogo ksiadz jest niewygodny?
  Usmiecha sie lekko.
Claythorne: - Dla Lombarda?
MG_BJ: - Dlaczego? - przyrzadza sobie kanapki.
Armstrong: - nie mow nikomu, dobrze?
Claythorne: - Kto komu?
Armstrong: - Broven nikomu.
  - To naprawde smierdzi.
  - Chyba uwaza, ze ksiadz jest morderca, i chce, zebysmy go zabili.
Claythorne: - Ja mysle, ze Lombard cos kreci.
  - No wlasnie.
Armstrong: - Od poczatku mi sie nie podobal.
Claythorne: - I to mnie dziwi.
  - Co on ma do ksiedza?
MG_KL: - Przyznal sie jako pierwszy do masakry
  - O ktora go "pan owen" oskarzyl.
Armstrong: Tez robie kanapki.
MG_BJ: Przychodzi Lawrence.
Claythorne: - Jesli zalozymy, ze Lombard mowi cos, co ma w sobie ziarno prawdy, to mamy dwie opcje. Pierwsza mowi o tym, ze za zabojstwami stoi ksiadz. Druga o tym, ze Lombard probuje zlikwidowac kogos, kto za duzo wie.
Lawrence: - Zglodnialem Panowie.
Armstrong: Robie kanapke dla Lawrenca
Claythorne: - Ale wtedy nalezy zalozyc, ze Lombard jest zabojca.
Lawrence: - Mimo iz zoladek odmawia mi posluszenstwa.
Claythorne: - Tylko dlaczego sie przyznal tak ochoczo do masakry?
MG_KL: - Gdyby Lom,bard uwazal ze ksiadz za duzo wie, sam by go sprzatnal, prawda?
Armstrong: - Prosze.
Lawrence: - Widze ze tutaj takze tocza sie ciekawe dywagacje...
Armstrong: - Nie ma jak.
Lawrence: - Dziekuje.
Armstrong: - Strzelbe mamy my!
  - Znaczy ja i Victor.
Claythorne: - A moze po prostu staral sie zrzucic z siebie podejrzenie, jako czlowiek, ktory od razu jasno stawia sprawe?
Armstrong: - Ja nie zaprzeczalem.
  - Predzej Brent...
  - "Nie zabilem jej blablabla popelnila samobojstwo"
Claythorne: Usmiecham sie lekko.
MG_KL: - Wierzysz, ze ktos, kto postepuje zgodnie z biblia, zabijalby?
Claythorne: - Broven, a ty kogo zabiles?
MG_KL: - Ja?
Claythorne: - Tak.
MG_KL: Usmiecha sie
  - Juz mowilem
Armstrong: - Wiesz co to krucjata?
Claythorne: - Nie pamietam.
  - Powtorz mi.
Lawrence: - Panowie wybacza... smacznego.
MG_BJ: Lawrence opuszcza kuchnie.
MG_KL: - Firma mojego konkurenta zbankrutowala, a on sie powiesil.
Armstrong: - Panie Broven, krucjata. Wie pan co to?
MG_KL: - Wiem, ale kosciol sie od nich odzegnal kilkaset lat temu, prawda?
Armstrong: - Tak.
  - Ale sa rozni ludzie.
Claythorne: - Jak sie nazywal ten konkurent?
Armstrong: - Ksieza nie sa idealni.
MG_KL: - Niech sobie przypomne... Charlstone chyba.
Claythorne: - Rozumiem.
  - Wiec kto jest zabojca?
  - Ksiadz?
  - Grozimy mu?
  - Moze ewentualnie sie przyzna?
Armstrong: - A moze Lombardowi?
Claythorne: - Lombard jest bardziej rozmowny.
  - A na ksiedza mozna miec oko, zobaczymy jak zareaguje na oskarzenia.
  - Broven, co ty na to?
Armstrong: - Jakby co powiemy, ze sprawdzalismy go.
MG_KL: - Mozna sprobowac
  - Ale musimy uwazac.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  Brent i Lombard przybywaja do kaplicy.
EmilBrent: Jest tu konfesjonal?
MG_BJ: Nie, nie ma.
EmilBrent: Trudno.
  Siadam na lawie.
Philip_Lombard: - Co powiniennem zrobic? Widzi ksiadz, ja naprawde dawno nie bylem w kosciele.
EmilBrent: - Rozumiem, ale i nikt nie wymaga od ciebie, bys znal szczegoly obrzadku.
  - Po prostu powiedz, co ci lezy na sercu, wszystko, co uwazasz za zle.
  - "Nie zazna szczescia, kto bledy swe ukrywa; kto je wyznaje, porzuca - ten milosierdzia dostapi."
Philip_Lombard: - Ciezko mi ten blad lezy na sercu.
  - Zbrodnia wojenna, chyba tak to nazwac nalezy.
  Wyznaje moje grzechy.
EmilBrent: Slucham z uwaga spowiedzi.
Philip_Lombard: Mowie o moim zalu za nie i cierpieniach sumienia, ktorych doswiadczylem w ciagu nastepujacych lat.
  - Czy uwaza ksiadz, ze zawod zolnierza sam w sobie jest nieetyczny?
EmilBrent: - Nie, nie uwazam.
  - Chcialbym, aby nie byl potrzebny, ale czasem sie tak nie da...
  - Jezeli celem jest obrona ludzkiego zycia, to czasem trzeba poniesc taka cene.
Philip_Lombard: - Wiec Bog moze rozgrzeszy mnie z tego grzechu?
EmilBrent: - Jezeli nie moglby rozgrzeszyc cie, czy bylby milosierny?
  - Bog widzi i cieszy sie, ze chcesz naprawic swoje bledy.
Philip_Lombard: - Szczerze zaluje i chce je naprawic.
MG_KL: [ Bog zawsze daje rozgrzeszenie ]
Philip_Lombard: "Zeby tylko tam Lawrence wtedy nas nie zauwazyl..."
  "Choc z drugiej strony... czuje prawdziwa ulge."
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
Claythorne: - Dobra, jest plan - idziemy do Lombarda i celujemy do niego ze strzelby.
Armstrong: - Wiecie, narzedziami chirurgicznymi mozna.. Sprawiac bol.
Claythorne: - Wszyscy musza byc obecni.
MG_KL: - Tacy ludzie nie chodza zwykle nieuzbrojeni...
Claythorne: - Zobaczymy, zobaczymy.
  - Chodzmy do salonu.
Armstrong: - No nie wiem...
Claythorne: - Dam znak i pan celuje.
  - Panie Armstrong.
  - Wtedy zadajemy pytania.
Armstrong: - Hm...
Claythorne: - Pan, panie Broven blokuje drzwi.
MG_KL: - Zgoda
Claythorne: - By nie mogl uciec.
Armstrong: - Nie podoba mi sie to, ale dobrze.
Claythorne: - Czemu nie?
Armstrong: - Po prostu...
Claythorne: - A jak pan to widzi?
Armstrong: - Nie widze wlasnie...
  - Wole poczekac na rozwoj wydarzen.
Claythorne: - To co pan proponuje?
Armstrong: - Chociaz mimo wszystko moze sie okazac, ze to on zabija.
MG_KL: - Jest pan malo zdecydowany, doktorze.
Armstrong: - Dobrze, sprobojmu.
Claythorne: - Czekamy od paru godzin na rozwoj wydarzen! Mamy juz dzieki temu pare trupow.
Armstrong: - A strzelac?
Claythorne: - Jak zacznie uciekac.
  - Idziemy do salonu.
MG_KL: - Ale w nogi
Armstrong: - Od razu czy ostrzec?
Claythorne: Od razu.
  - Tak, w nogi.
Armstrong: - Dorbze.
Claythorne: - A moze pan w sumie ostrzec.
Armstrong: - Idziemy...
Claythorne: - Dobra.
Armstrong: - Jeden naboj jest nabity.
  - Starczy...
MG_BJ: Trzej mezczyzni wychodza z kuchni ze zdeterminowanymi minami. Broven wydaje sie jednak lekko rozbawiony zaistniala sytuacja.
 
 
MG_BJ: SALON
  Do salonu powracaja Broven, Claythorne i Armstrong.
  Jest tutaj tylko Lawrence.
Claythorne: - Gdzie sa pozostali?
Armstrong: Wchodze ze strzelba w rece.
Lawrence: - Wyszli do kaplicy.
Armstrong: - Cholera...
Claythorne: - Prosze z nami i wszyscy do kaplicy.
Armstrong: - Nie!
Claythorne: - Cala czworka.
Armstrong: [ Jakie jest wejscie do kaplicy?
Lawrence: - Ojciec Brent spowiada Pana Lombarda.
Claythorne: - Czemu nie? Nie bedzie mial gdzie uciec.
  - Sa w zmowie?!
Armstrong: - Daj mi drugi naboj.
Claythorne: - Nie beda mieli gdzie uciec.
  Masz.
Armstrong: Nabijam.
Claythorne: Podaje naboj Armstrong'owi.
  - Chodzmy do kaplicy, wszyscy.
  - Bezwglednie.
MG_BJ: Teraz obie lufy dubeltowki Armstronga sa nabite.
Armstrong: Chrzest broni, wredny usmiech - Gotowi?
Claythorne: - Tak.
MG_KL: - Tak.
Armstrong: - Idziemy.
Lawrence: - Nie.
Claythorne: - Lawrence?
Armstrong: - Ja posrodku.
  - Broven ostatni i zastawia.
MG_KL: - Zgoda.
Claythorne: - Ja moge pierwszy.
Armstrong: - Victor pierwszy.
  - Jaki znak?
Claythorne: - Ale miedzy mna a Toba, Ed, ma isc Lawrence.
Armstrong: - Do celowania?
Lawrence: - Nigdzie sie stad nie rusze.
Claythorne: - Dam Ci znac, zorientujesz sie.
  - Czemu nie?
MG_KL: - Szyk bojowy gotowy? - pytam ze zlosliwym usmiechem.
Armstrong: - Lawrence, chodz.
Lawrence: - Pan wybaczy doktorze, ale widok broni jest dla mnie w zaistnialej sytuacji troche nie na miejscu.
Armstrong: - Trudno.
  - Musza byc wszyscy.
Claythorne: - Jesli nie chce pan na siebie zrzucac oskarzen.
  - Prosze z nami.
Lawrence: - Zaryzykuje.
Claythorne: - To nie bedzie dlugo trwalo.
Armstrong: - Dobra, idziemy.
Claythorne: - Dobrze.
  - Jak pan chce.
  - Ostrzegalem.
Armstrong: - Victor, Lawrence, Ja , Broven.
Claythorne: Ruszam do kaplicy.
Armstrong: - Aha...
  Ide.
MG_KL: - Ruszajmy, bo znikna.
MG_BJ: Broven, Armstrong i Claythorne wychodza.
  Lawrence jednak zostal.
Lawrence: Jem swoja kanapke.
MG_BJ: Siedzi przez kilka minut sam w salonie.
  Potem wstaje i rowniez wychodzi.