MG_BJ: KAPLICA
Claythorne: Wchodze ostroznie.
MG_BJ: Do srodka wchodza Armstrong, Claythorne i Broven.
Armstrong: Wchodze za Victorem z strzelba w rekach.
EmilBrent: - Modl sie slowami, ktorych nauczyl nas Jezus.
Philip_Lombard: "Moze dalszy rozlew krwi nie bedzie konieczny?"
Claythorne: - Czy mozemy chwile porozmawiac?
MG_BJ: Na lawie siedza obok siebie Brent i Lombard. Rozmawiaja.
EmilBrent: - "Ojcze nasz..." - zaczynam modlitwe, sugerujac, by Philip powtarzal
MG_KL: Blokuje drzwi
Philip_Lombard: - Ojcze nasz, ktorys jest w niebie...
Claythorne: - Przypuszczamy, ze ktorys z panow jest zabojca.
  - Co panowie maja na swoja obrone?
  - Ja do panow mowie!
Philip_Lombard: - swiec sie imie twoje, przyjdz krolestwo twoje...
Claythorne: - Prosze sobie przerwac na chwile.
  - Panie Lombard, uwazamy, ze to pan jest zabojca.
Armstrong: "Jak zaraz pojdziesz do krolestwa samemu..."
Philip_Lombard: - Kazdy z nas jest zabojca.
Claythorne: - Ale pan zabil dwudziestu paru ludzi.
MG_BJ: Lombard i Brent dalej spokojnie siedza na lawce.
Claythorne: - Pan zasluguje na smierc w najwiekszym stopniu.
Philip_Lombard: - A przed chwila sie z tego wyspowiadalem.
Armstrong: - Victorze...
Philip_Lombard: [ Ktory ma bron?
Armstrong: - Ty...
Claythorne: - Zastrzel go, Armstrong.
MG_KL: [ Armstrong
Armstrong: - Mowisz jak sedzia...
  Podnosze bron i celuje w Lombarda.
EmilBrent: - Panowie!
Claythorne: - Zastrzel go.
MG_KL: - Ludzie, co wy!?
Claythorne: - Co nam wadzi?
EmilBrent: Zaslaniam Philipa.
Philip_Lombard: [ Rewolwer mam przygotowany
Armstrong: Celuje
EmilBrent: - O co chodzi?
MG_BJ: Armstrong celuje w Lombarda.
MG_KL: Uderzam armstronga
Claythorne: - Zabij go!
  Rzucam sie po strzelbe.
Armstrong: Strzelam w lombarda
MG_BJ: BUM.
Armstrong: Nie!
MG_BJ: Prosto w Lombarda.
  Do kaplicy wkracza Lawrence.
Claythorne: Patrze na Lombarda - w jakim jest stanie?
MG_KL: [ "Czy cos mnie ominelo?" ]
Armstrong: Odsuwam sie od victora
MG_BJ: Do kaplicy wpada Lawrence.
  Lombard dalej siedzi, jak siedzial.
Lawrence: - Co do cholery?
Armstrong: "CHolera!"
Philip_Lombard: [ Jestem ranny?
Claythorne: Patrze, kto dostal.
MG_KL: - Szalency!
Philip_Lombard: Zanim wystrzeli po raz drugi, strzelam w tego, ktory ma strzelbe.
MG_BJ: Claythorne trzyma strzelbe, z ktorej przed chwila wypalil do Lombarda.
  Ale Lombardowi nic sie nie stalo.
MG_KL: Wyrywam strzelbe Armstrongowi
Armstrong: Rzucam sie na ziemie
MG_BJ: Trzyma natomiast dlon na rekojesci rewolweru w kaburze, ktora mial przy pasku, do tej pory widac ukryta.
Claythorne: Strzelam ponownie.
MG_BJ: BUM.
  Lombard odpowiada ogniem.
Armstrong: "CHOLERA!"
MG_BJ: Claythorne zostal postrzelony w noge.
Lawrence: Padam na ziemie.
Claythorne: Rzucam sie na ziemie.
Armstrong: "A moze to Victor jest sedzia..."
MG_KL: Padam na ziemie
MG_BJ: Przewraca sie.
  Broven daje nurka za lawe.
Claythorne: - AAAAAAAAAAA!!!!
Philip_Lombard: - Nie podnos broni!
MG_BJ: Armstrong lezy, przewrocony podczas szamotaniny z Brovenem.
Armstrong: - Kto tu ejst kim!?
MG_KL: - Przestance!
MG_BJ: Brent?
Philip_Lombard: - Teraz wszyscy sie uspokoja!
MG_BJ: Lombard celuje z rewolweru w Claythorna.
Claythorne: - Kurwa, dostalem!
Armstrong: - Cholera...
MG_BJ: Strzelba lezy na podlodze.
  Dwa strzaly poszly prosto w Lombarda, a jego nawet nie drasnelo!
Philip_Lombard: - Zabije tego kto podniesie strzelbe!
EmilBrent: - SPOKÓJ! - krzycze donioslym glosem
Claythorne: - On jest zabojca, ma bron, ja pierdole, ludzie, to sedzia!
Armstrong: - A moze to ty nim jestes!?
MG_KL: - PSYCHOLE! CISZA!
Claythorne: - Ratujcie sie jakos, wezcie mu ten rewolwer!
EmilBrent: [ kim jest MG_KL?
Philip_Lombard: - Nie jestem Sedzia, jestem najemnikiem i mam bron zawsze przy sobie.
Claythorne: - Tak kurwa, jestem nim i siedzielismy razem w kiblu?! Mialem Cie okazje zabic pare razy.
Armstrong: - Victorze...
  - Moze chcialem mnie zabic potem...
MG_KL: [ Broven
Armstrong: - Zreszta widzieli jak szlismy razem...
Philip_Lombard: - Nikogo teraz nie zabije.
Armstrong: - I wtedy... byloby wiadomo.
MG_BJ: Wszyscy podniesli sie powoli, poza postrzelonym Claythornem.
Claythorne: - Jestes chory.
Armstrong: - Kurwa!
Claythorne: Czolgam sie w strone sciany, chcac sie o cos oprzec.
Philip_Lombard: - Tylko sie uspokojcie i nie siegajcie po strzelbe.
MG_KL: Podnosze sie powoli
Armstrong: - Lombard, kim ty jestes w koncu do jasnej cholery!?
Claythorne: - I tak nie ma juz naboi.
MG_BJ: Strzelba lezy na ziemi, najblizej Armstronga.
MG_KL: - Lombard, jakim cudem nie jestes ranny?
Claythorne: - Jest pusta.
  - Jedyna bron ma Lombard.
  - Pan i wladca sytuacji, kurwa.
Philip_Lombard: - Strzelba byla nabita slepakami.
Armstrong: [ Jak daleko od lombarda stoje?
MG_KL: - Slepaki?
Philip_Lombard: - Inaczej bylbym martwy.
MG_KL: - Claythorne masz jeszcze naboje?
Philip_Lombard: - Tego nie moglem przezyc.
Claythorne: - Nie mam.
  - Byly tylko dwa.
  - W strzelbie.
EmilBrent: - Nie godzi sie przerywac ani spowiedzi, ani modlitwy, ani tym bardziej strzelac jak popadnie!
  - Wyjasnimy wszystko jak cywilizowani ludzi, nie jak zwierzeta!
Claythorne: - Ma ksiadz jakis pomysl?
EmilBrent: Wypowiadam to glosno i oburzonym tonem.
MG_KL: - Alez ksieze, my jestesmy zwierzyna. Lowna zwierzyna.
EmilBrent: - Uspokojmy sie i powiedzcie, o co chodzi, ze zaczeliscie strzelac w swietym miejscu.
Claythorne: - Ten czlowiek, ktorego ksiadz spowiadal.
  - Mowil nam, niby mimochodem, ze to ksiadz jest zabojcom.
Philip_Lombard: - I dlaczego wczesniej chcieliscie zabic ksiedza, a teraz strzelaliscie do mnie?!
Claythorne: - Ze ksiadz prowadzi krucjate.
  - I w imie jakiegos wyzszego celu morduje nas na tej malej wysepce, bysmy zaplacili za nasze grzechy.
  - To wlasnie mowiles, Lombard.
Armstrong: Siegam reka po skalpel, skacze w strone lombarda, podnosze gwaltownie reke z bronia do gory.
EmilBrent: Patrze na Lombarda.
MG_KL: - To wyscie mowili o krucjacie, nie Lombard - przypomina Broven.
MG_BJ: Armstrong skacze z ostrym narzedziem na Lombarda!
Philip_Lombard: - Nie, ja mowilem tylko ze macie i bron i w zwiazku z tym macie zdecydowac.
Armstrong: Tne skalpelem lombarda po rece.
Claythorne: - Gowno tam!
MG_BJ: Wbija mu noz w dlon.
EmilBrent: - Uspokojcie sie!
Philip_Lombard: Zanim tnie, strzelam.
MG_BJ: Lombard w tym momencie strzela.
Armstrong: [ podbilem ja do gory!
MG_BJ: Krew zbryzgala okoliczne lawki.
Armstrong: - Cho... lera...
MG_BJ: Armstrong pada na ziemie z dziura w glowie.
Claythorne: - Wezcie mu ten cholerny pistolet, to szaleniec, pozabija was wszystkich.
Philip_Lombard: [ MG decyduje co sie stalo.
Claythorne: - O kurwa.
Philip_Lombard: _ STAC!
MG_KL: - Niech to!
MG_BJ: Lombard zostal jednak bardzo gleboko dziabniety skalpelem.
Philip_Lombard: - Nie chce nikogo zabijac!
Claythorne: - Teraz to juz macie calkiem przerabane... ja i tak sie wykrwawie.
MG_BJ: Widac, jak krew cieknie mu z przedramienia.
Claythorne: - A moglem tego mlodego lepiej pilnowac, ja pierdole, parszywe zycie... - uderzam ze zloscia w sciane piescia.
Philip_Lombard: - Ale nie probujcie mnie atakowac
MG_BJ: Naprzeciwko niego pollezy Claythorne, ranny, ale chyba lekko, w noge.
  Obok stoja Broven i Lawrence.
  Na sasiedniej lawce siedzi Brent.
Lawrence: ja caly czas leze na ziemi.
MG_KL: - Dobrze - odezwal sie blady Broven - Czy teraz mozemy wyjasnic pare szczegolow?
Philip_Lombard: - Broven, przynies torbe medyka.
MG_KL: - Zanim sie pozabijamy?
Claythorne: - Jakich, do cholery jasnej, szczegolow?
EmilBrent: - Panie, zeslij swiatlo... - mowie juz prawie do siebie
Philip_Lombard: - Musimy sie opatrzyc, a potem postaramy sie stad uwolnic.
  - Jasne?!
Claythorne: - W jaki sposob?
  - Mamy lodz?
  - Plynac w wplaw bedziemy?
MG_KL: - Bo mnie zastrzelisz?
Philip_Lombard: - To co sugerowalem od poczatku! Zbudujemy tratwe!
Claythorne: - Co wy ludzie w ogole gadacie teraz?!
  - A z czego ja zrobimy? Ile nam to zajmie? Czy zabojca nie bedzie mial dostatecznie duzo czasu by nas wszystkich zamordowac?
MG_KL: Ide w kierunku wyjscia
Philip_Lombard: - Broven. Nie zastrzele cie, ale moge sie wykrwawic. Claythorne tez. Wiec prosze.
Claythorne: - Ciekawe, czy jego tez zastrzelisz - mowie ze zlosliwym usmieszkiem.
  - Ja juz sie wykrwawiam.
Philip_Lombard: - Jesli sie rzuci na mnie bez powodu to oczywiscie.
Lawrence: - Ide po opatrunki.
  - Kurwa.
Claythorne: - Powod jest, jestes zabojca.
MG_BJ: Lawrence wychodzi szybko z kaplicy.
 
 
MG_BJ: SALON
  W pustym salonie pojawia sie Lawrence.
Lawrence: Szukam apteczki.
  Torby doktora, czegokolwiek, czym mozna by opatrzyc rany.
MG_BJ: W salonie jej nie ma.
  Mogl ja zostawic u siebie w pokoju.
Lawrence: "Cholera"
MG_BJ: Ale pewnie jest zamkniety na klucz.
 
 
MG_BJ: PIETRO
Lawrence: Sprawdzam czy pokoj doktora jest zamkniety.
MG_BJ: Tak.
Lawrence: [ A nigdzie w domu nie bylo jakiejs apteczki?
MG_BJ: Byla. W lazience.
  Przypomniales sobie.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  Lombard tamuje uplyw krwi druga dlonia, trzymajac jednoczesnie rewolwer.
  Ciagle w was celuje.
MG_KL: Zatrzymuje sie w drzwiach. Nie wychodze
MG_BJ: Lawrence uprzedzil Brovena, wybiegl z kaplicy po opatrunki.
Philip_Lombard: - Clay, kazdy z nas jest zabojca...
MG_KL: - Lombard posluchaj
Claythorne: - To nie zmienia faktu, ze ktos wrocil na to sciezke ponownie.
Philip_Lombard: - A ja tutaj zabilem dopiero Armstronga.
  - W obronie wlasnej.
Claythorne: - Wczesniej zabijales w imie jakiegos innego celu.
  - Sobie tylko znanego.
Philip_Lombard: Wzdycham glosno...
MG_KL: - Nie wiesz tego Claythorne
Philip_Lombard: - Masz jakies dowody?
Claythorne: - Broven, jak sam stwierdziles, zabojca musi byc uzbrojony.
  - I masz dowod.
MG_KL: - Nie
Claythorne: - Nie? A kto tak stwierdzil?
MG_KL: - Powiedzialem, ze taki czlowiek jak Lombard zwykle jest uzbrojony
Philip_Lombard: - To mogles byc tez ty. Mowiles ze ksiadz bedzie nastepny i nosiles z Armstrongiem bron.
Claythorne: - Ale znalezlismy ja! Kazdy z was to widzial.
  - I chyba nie wiedzielismy ze to slepaki.
MG_KL: - I sie nie pomylilem - dodalem z przekasem
Claythorne: - Bo bysmy z nimi nie szli was zabic, prawda?
  - Dobra - oddycham glosno - to co robimy?
Philip_Lombard: - Prawda jest, ze poszedles tu celowo kogos zabic jako pierwszy z nas wszystkich.
Claythorne: Szukam w kieszeni jakiejs chusteczki, tamuje rane.
MG_BJ: Zauwazacie, ze rana Claythorna jest raczej powierzchowna.
Claythorne: - Strzelal Armstrong.
MG_BJ: Lombard strzelil celnie... albo niecelnie. Zalezy, jak na to patrzec.
Philip_Lombard: - A ty dales mu naboje...
Claythorne: - Tak, bo chcial.
  - Broven tez sie zgodzil na ten plan.
MG_KL: - Wzajemne oskarzenia nigdzie nas nie zaprowadza - przypominam
Philip_Lombard: - Moze wiedziales, ze to slepaki, a ja mam rewolwer?
Claythorne: - Chcielismy was nastraszyc, by sie dowiedziec czy mowicie prawde, czy sie nie zaczniecie platac.
  - I sie dalem postrzelic?
  - Tobie juz calkiem odbilo.
Philip_Lombard: - No wiec mozemy chyba uznac, ze to jednaknie my, prawda?
MG_KL: - Bo jeszcze zyjemny.
 
 
MG_BJ: LAZIENKA
Lawrence: Szukam apteczki.
MG_BJ: Znalazles.
  Wisi obok lustra.
Lawrence: Sprawdzam ja czy ma wszystko co potrzebne.
MG_BJ: Tak. Opatrunki, gaza, jakies masci...
  Nie znasz sie na tym za bardzo.
Lawrence: Biore.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
  Do kaplicy powraca Lawrence.
Philip_Lombard: - Ksiadz zaslonil mnie wlasnym cialem, wiec to tez nie on.
Lawrence: - Mam apteczke.
Philip_Lombard: - Daj!
MG_BJ: Lawrence powraca do kaplicy trzymajac w rekach apteczke. Widzieliscie ja wczesniej w lazience.
Lawrence: Podchodze niepewnie do Lombarda.
Philip_Lombard: Wkladam rewolwer do kabury, odsuwam sie troche i opatruje sobie reke.
Claythorne: - Jak skonczysz, to podaj.
MG_BJ: Lombard fachowo opatruje swoja rane.
Claythorne: - Dobra, Sherlocki, czas zaczac myslec.
MG_BJ: Skalpel Armstronga rozcial mu gleboko skore na prawym przedramieniu.
Philip_Lombard: Oddaje apteczke Lawrencowi.
MG_BJ: Chyba w jednym miejscu az do kosci.
Claythorne: Opatruje sie.
EmilBrent: - Widzicie, do czego prowadzi niezgoda?
MG_BJ: Claythorne'owi idzie to tez calkiem sprawnie.
EmilBrent: Mowie posepnie.
MG_BJ: Ale jego rana faktycznie jest powierzchowna. Kula Lombarda tylko go drasnela.
Claythorne: - Kurwa! Wiem!
Philip_Lombard: - Glupi sukinsyn! I na co mu to bylo?!
MG_BJ: Na srodku kaplicy dalej lezy martwy Armstrong.
Claythorne: - Mam! Rozwiazanie mam!
  - Wiem, ja pierdole.
MG_BJ: Z rozwalonej czaski wyplywa mu szaro-czerowona masa.
Lawrence: - Ehh... znowu sie zaczyna.
Claythorne: - Jednak smierc Armstronga nie poszla na marne.
  - Proponuje, bysmy wszyscy poszli do salonu i zobaczyli, ile zolnierzykow jest w gablotce - czy piec czy szesc? - patrze przeciagle na Lawrence'a i staram sie wstac.
Philip_Lombard: Patrze z powatpiewaniem przechodzacym w pogarde.
Claythorne: - Masz lepszy pomysl?
Philip_Lombard: - Watpie by ta idea byla warta smierci nawet tego glupca.
Claythorne: - Idziemy czy nie?
Philip_Lombard: - Ale chetnie napije sie drinka. Chodzmy.
Claythorne: [Udalo mi sie wstac?
MG_BJ: Tak.
EmilBrent: - Ludzkie zycie nie ma ceny...
Claythorne: - Wszyscy doskonale to wiemy, prosze ksiedza.
  Ide do salonu.
EmilBrent: - Nic nie wiecie.
Lawrence: Kiwam glowa wzdychajac.
MG_KL: iDe za claythornem
Philip_Lombard: Ide.
MG_BJ: Brent, idziesz czy zostajesz?
EmilBrent: - Swiec Panie nad ich duszami.
  Ide, ktos musi przyswiecic stadu.
MG_BJ: Wszyscy opuszczaja kaplice.
  Trup Armstronga lezy miedzy lawkami.
  Nieco dalej dwa rowno ulozone ciala - MacArthura i Blore'a.
 
 
MG_BJ: SALON
  Pieciu mezczyzn powraca do salonu.
Claythorne: Patrze na gablotke.
MG_BJ: Wszystkie wasze spojrzenia kieruja sie ku gablocie.
  Raz, dwa, trzy, cztery, piec.
  Szesc.
  Szesc figurek.
Claythorne: - Czyli Armstrong teoretycznie jest wsrod nas.
  - Morderca tego nie uwzglednil.
  - Wiersz juz sie nie ulozy.
  - Rozpieprzylismy mu jego chora lamiglowke.
Lawrence: - Pana Armstronga PRAKTYCZNIE nie ma juz wsrod nas.
Claythorne: - A tak, pomylilo mi sie.
  Znaczy nie pomylilo mi sie - usmiecham sie do Lawrence'a.
  - Ale co robimy?
MG_BJ: Zegar bije poludnie.
  W salonie zapadlo milczenie.
Claythorne: - Macie jakies pomysly?
EmilBrent: - A jezeli zadnego mordercy nie ma?
Claythorne: - To znaczy?
EmilBrent: - Jezeli wszystkie ofiary umarly bez niczyjej pomocy?
Claythorne: - Poderznal sobie gardlo sam?
Philip_Lombard: - Proponuje w koncu zrobic te tratwe i sie stad wynosic.
EmilBrent: - Jezeli nie wytrzymal presji? Mozliwe.
MG_KL: - Porabal sie sam?
Claythorne: - To nie pasuje, prosze ksiedza.
  - Tu MUSI byc gdzies morderca.
Lawrence: Nalewam sobie szkockiej.
Claythorne: - Pytanie brzmi, czy jest nim ktos z nas.
  - Czy nie.
  - Z czego chcesz zrobic ta tratwe, Lombard?
EmilBrent: - Ale general mogl po prostu byc chory.
Lawrence: - To pytanie moglismy zadawac sobie wczoraj.
  - Dzisiaj mysle ze nie ma sie juz nad czym zastanawiac.
Claythorne: - Ale Rogers dostal siekiera.
Lawrence: - Morderca MUSI byc wsrod nas.
  Patrze podejrzliwie po wszystkich zgromadzonych.
Claythorne: - Zostaly jeszcze cztery kule, dobrze licze?
Philip_Lombard: "Claythorne... co za glupiec! Probowal zabic mnie, podczas gdy... znow ksiadz jako jedyny mogl wiedziec ze naboje sa slepe, skoro mnie zaslonil"
Claythorne: - Wiec jak nas wszystkich Lombard zabije, morderca pozostanie w osamotnieniu.
Philip_Lombard: - Jest zagajnik, z ktorego drzewa mozna wykorzystac.
Claythorne: - Mamy tylko jedna siekiere.
Philip_Lombard: - Zgromadzilem tam juz line oraz druga siekiere.
Claythorne: - Interesujace...
  - Wiec chodzmy, czas przystapic do dzialania.
EmilBrent: Patrze przez okno.
Philip_Lombard: - Jest tylko jeden problem.
Claythorne: - Jaki?
MG_BJ: Na dworze znow pada.
Philip_Lombard: - Skad mam wiedziec, ze Clay nie zemsci sie za noge i nie oberwe siekiera?
Claythorne: - To nie problem.
  - Ja moge wiazac liny, jesli tak bardzo chcesz - mrugam do niego, lekko sie usmiechajac.
  - Idziemy?
Philip_Lombard: - Ja z ta reka tez raczej siekiery nie utrzymam - mrugam do niego.
Claythorne: - Czy ktos oprocz mnie i Lombarda jest zainteresowany budowa tratwy? Czy macie tak zamiar stac i milczec, poptrujac na siebie czasami?
EmilBrent: - Ja chetnie pomoge, w ramach skromnych mozliwosci...
MG_BJ: - Ja jestem zainteresowany - mowi Broven z usmiechem.
Philip_Lombard: - Chociaz nie wiem czy przy tej pogodzie i tak wyplyniemy?
MG_BJ: Faktycznie, pogoda sie popsula.
Claythorne: - Lepiej probowac plynac.
MG_BJ: Od rana prawie ciagle pada i wieje wiatr, morze jest wzburzone.
Claythorne: - Niz czekac, az ktos nas zamorduje.
  - Chyba, ze macie inne zdanie na ten temat?
MG_BJ: - Zostalo nas pieciu. Panowie Lawrence i Brent sa starszymi osobami - mowi Broven.
  - Ile czasu zajmie zbudowanie tratwy w takim skladzie, panie Lombard?
Philip_Lombard: - Moze udaloby sie do wieczora.
MG_BJ: - Bierze pan poprawke na pogode?
Philip_Lombard: - Oraz na nasze obrazenia.
  - Wiec rano moznaby wyplynac.
MG_BJ: - I czy budowanie tratwy nie stworzy mordercy kolejnej okazji do zabicia ktoregos z nas?
Philip_Lombard: - Wszystko stwarza taka okazje.
Claythorne: - Ruszamy?
MG_BJ: - Niekoniecznie.
  - Jezeli zalozymy, ze morderca jest wsrod nas, wsrod naszej piatki...
  - ...to mozemy po prostu usiasc tu i czekac.
  - Nie spuszczac sie nawzajem z oczu.
Philip_Lombard: - Jest jeszcze taka mozliwosc, aby przy ladnej pogodzie...
MG_BJ: - I pojedynczo wychodzic do lazienki i do kuchni.
Philip_Lombard: -... w nocy podpalic dom.
MG_BJ: - I potem?
Philip_Lombard: - To na pewno zobacza z brzegu.
EmilBrent: - Umrzec z glodu. - mowie z przekasem
Philip_Lombard: - Ale wolalbym tratwe.
MG_BJ: - Zobaczyc zobacza. Ale czy przyplyna?
Claythorne: - Szybko, decydujcie sie, zegar tyka.
MG_BJ: - Predzej czy pozniej musza, ale...
Philip_Lombard: - Idziemy?
Claythorne: - Tak.
Philip_Lombard: Ide do zagajnika
Claythorne: Ja takze.
MG_BJ: Broven rowniez.
Lawrence: Wzruszam ramionami.
EmilBrent: Patrze jeszcze przez chwile na figurki.
  Potem ide.
MG_BJ: Wszyscy wychodza.
 
 
MG_BJ: ZAGAJNIK
  Jestescie wszyscy w zagajniku.
  Rzadkie listowie drzew nie chroni przed zacinajacym deszczem.
  Wiatr szarpie galeziami.
  Wokol Whisper Isle podnosi sie mgla.
  Zgromadziliscie sie pod jednym z drzew.
  Co robicie?
Claythorne: Pomagam przygotowywac tratwe.
Philip_Lombard: Wyciagam ukryta line i siekiere...
Claythorne: - Niech ktos zacznie scinac drzewa.
MG_BJ: Lombard wyciaga z ukrycia pod krzakiem siekiere i line.
Claythorne: - Ja moge wiazac.
Philip_Lombard: - Ja nie nadaje sie teraz do rabania drzew. Mam ciecie glebokie do kosci.
Claythorne: - Robicie cos czy nie? Pomagacie czy ta cholerna pogoda was przeraza?
MG_BJ: - A wiec ja? - wzrusza ramionami Broven.
  - Prosze o siekiere.
EmilBrent: - Co mam robic?
Lawrence: - Ja takze chyba nie na wiele sie przydam jesli chodzi o rabanie drzewa.
Philip_Lombard: Podaje siekiere.
MG_BJ: Broven usmiecha sie, bierze siekiere, robi zamach...
  ...i zaczyna scinac drzewo.
  Deszcz zacina, galezie szarpia, slychac rytmiczny stukot ostrza o kore.
  Smieszna scena.
Philip_Lombard: - Mysle ze ksiadz jest druga osoba najbardziej zdolna do tego rodzaju pracy fizycznej.
MG_BJ: Jedna osoba scina drzewo, pozostale stoja wokol i jej sie przygladaja.
  A wszyscy w eleganckich, przemoczonych ubraniach -- choc jedna w sutannie.
Philip_Lombard: - I chyba nikt nie bedzie mial przeciwko, jesli otrzyma druga siekiere.
Claythorne: [Moge scinac drzewo?
MG_BJ: Scinanie drzewa wolno idzie, ale idzie.
  [Tak.
Claythorne: To biore siekiere i scinam.
MG_BJ: Ale nie jestescie drwalami, wiec kooperacja nie idzie wam najlepiej, wchodzicie sobie w parade.
Philip_Lombard: Utrzymuje duza odleglosc od scinajacych.
MG_BJ: Po uplywie przynajmniej pol godziny wysoka sosna wreszcie sie przewraca z trzaskiem.
EmilBrent: - Nie ma problemu.
  Biore siekiere i scinam drzewo, choc to nielatwe na stare lata.
MG_BJ: Zwaliliscie drzewo.
Claythorne: - To w koncu kto scina, ja czy ksiadz?
MG_BJ: Pomagacie sobie nawzajem, zmieniacie sie.
Claythorne: [Uhm.
  - Reszta niech czysci pien z galezi.
Lawrence: Wzruszam ramionami i zaczynam obrywac galezie z pnia.
MG_BJ: Idzie wam to niezbornie.
Claythorne: - Wez noz jakis, czlowieku.
MG_BJ: Deszcze nie przestaje padac.
  Jestescie przemoczeni do suchej nitki.
  Zmeczeni.
  Po uplywie dwoch godzin drzewo jest oczyszczone z galezi nawet nie w polowie.
Philip_Lombard: Rowniez odcinam galezie.
MG_BJ: Claythorne i Broven pracuja najwiecej i teraz sa juz zmeczeni.
  W takim tempie przed noca na pewno nie skonczycie.
Philip_Lombard: - Proponuje popracowac jeszcze troche, a potem wrocic i odpoczac.
  - Jedzenia mamy duzo. Jesli sie tylko nie pozabijamy, zdolamy odplynac.
  - Cholera, czuje sie fatalnie. Idzmy juz.
MG_BJ: Deszcze nie przestaje padac.
Claythorne: - Dobra, na razie pracujemy.
  - Zaraz idziemy.
EmilBrent: - A jezeli ten wasz "Sedzia" postapi tak jak ktos sugerowal, by zrobic... i podpali dom?
Philip_Lombard: - Mam goraczke, musze isc juz.
  - Jesli mi nie ufacie, niech ktos pojdzie ze mna.
MG_BJ: Widzicie, ze Lombard lekko sie zatacza, nie wyglada najlepiej.
Lawrence: - Moze chodzmy wszyscy ?
  - Wszystko w porzadku Panie Lombard ? - podchodze do niego.
Claythorne: - Chodzmy wszyscy.
Philip_Lombard: - Musze sie polozyc i wziac jakas aspiryne. Przejdzie mi.
  Udaje sie do mojego pokoju, po drodze zabierajac apteczke z kaplicy.
Claythorne: Ja ide do salonu.
EmilBrent: - To straszne, co oni robia...
Lawrence: - Ehh...
  - Lepiej chodzmy.
EmilBrent: - Tez tak mysle. Trzeba ich pilnowac...
MG_BJ: - Idziecie? - pyta Broven.
EmilBrent: - Tak, tak.
  Odkladam siekiere.
MG_BJ: Brent, Broven i Lawrence wracaja do domu.
 
 
MG_BJ: POKOJ LOMBARDA
Philip_Lombard: Szukam w apteczce jakiejs aspiryny.
MG_BJ: Znalazles jakies leki przeciwgoraczkowe, przeciwbolowe.
Philip_Lombard: Biore leki.
MG_BJ: Polykasz. Czujesz sie lepiej, w domu jest cieplo i sucho.
Philip_Lombard: Potem zapominam barykadowaniu drzwi, rozbieram sie i wchodze do lozka.
MG_BJ: Ale nalezaloby sie tez przebrac.
Philip_Lombard: Tylko rewolwer klade pod poduszka.
  Oczywiscie, ubieram pizamke...
MG_BJ: Przebrales sie. Zamknales drzwi na klucz, oczywiscie.
Philip_Lombard: Nakrywam sie koldra i mam szczere postanowienie przespac cale to zamieszanie.
  Przy odrobinie szczescia zginie tam jeszcze pare osob, a mnie tutaj nikt nie znajdzie.
MG_BJ: Zasypiasz.
  Jest ci bardzo blogo.
Philip_Lombard: "Przynajmniej w koncu sie wyspowiadalem. A juz chcialem zabic tego ksiedza... To znaczy jestem przekonany, ze to on jest morderca... Ale i tak czuje ulge. Dziwne. Powiniennem go tak bardzo nienawidzic. Gdzie moj racjonalizm? Mam goraczke. Goraco. Jak w Afryce. Wyspowiadalem sie."
MG_BJ: Deszcz lomocze o szybe.
  Tak jak w Afryce.
  Tak jak w Afryce...
  Zasypiasz.
 
 
MG_BJ: SALON
Claythorne: Ruszam do kuchni zrobic sobie cos do jedzenia.
MG_BJ: W salonie zostali Lawrence i Brent.
EmilBrent: Pusto?
Lawrence: Rozgladam sie.
MG_BJ: Pusto.
  Szesc figurek.
  W kuchni slychac jakies halasy, to chyba Claythorne robi posilek.
Lawrence: Rozsiadam sie w fotelu.
EmilBrent: A Broven?
MG_BJ: Broven przyszedl razem z wami.
  Poszedl do kuchni.
Lawrence: - Sam juz nie wiem co myslec...
MG_BJ: Jestescie zmeczeni i przemoczeni.
Lawrence: - Przydaloby sie porzadnie napalic w kominku.
EmilBrent: - O, tak... Ale czy jest czym?
Lawrence: - I zrobic porzadny posilek.
  - Hmm...
  - Drewno jest w szopie.
EmilBrent: - Zamoczy sie w drodze.
Lawrence: Rozgladam sie.
  - Przykryjemy je czyms.
EmilBrent: - No dobrze, to moze pojdziemy?
Lawrence: - Pojdzie Pan ze mna? Nie chce ryzykowac samotnej wyprawy...
EmilBrent: - Wlasnie chce to zaproponowac.
Lawrence: - W porzadku. Chodzmy.
  Biore cos zeby przykryc drewno.
  Obrus, zaslone, cokolwiek.
 
 
MG_BJ: KUCHNIA
Claythorne: Przygotowuje sobie posilek.
  I herbate.
MG_BJ: Jestes przemoczony do suchej nitki.
  Przydaloby sie najpierw przebrac.
  Mozesz isc w tym celu do siebie, na gore.
  Slyszysz tez, ze w salonie pojawili sie pozostali.
Claythorne: Najprzod jem.
  Potem dopiero sie przebiore i udam na spoczynek.
  Szybko jem.
MG_BJ: Przychodzi Broven.
Claythorne: Byle co, byle by zapchac zoladek.
  Popijam herbata.
MG_BJ: - Jedzenie, tak.
  Tez cos sobie przyrzadza, odkreca gaz.
  Wyciaga patelnie, rozbija jajka.
Claythorne: - Smacznego - usmiecham sie lekko.
  [Zjadlem?
MG_BJ: Konczysz jedzenie.
  - Dziekuje - odpowiada usmiechem Broven.
  Smazy jajecznice na masle.
Claythorne: Gdy koncze jest, wstaje od stolu i ruszam do swojego pokoju.
MG_BJ: - Zaraz - mowi lagodnie Broven.
Claythorne: - Hm?
MG_BJ: - Gdzie sie pan tak spieszy? Wypadaloby pogadac.
Claythorne: - O czym? Wszystko jest jasne.
  - Spiesze sie do pokoju, musze sie przebrac i isc spac.
  - Jutro czeka nas ciezka praca.
MG_BJ: - Tak? - Broven unosi lekko brwi.
  - Nie wydaje mi sie. Whisper Isle zamienila sie w oboz pracy.
  - Lombard trzyma nas na muszce i kaze budowac tratwe.
Claythorne: - Tak, to prawda.
  - Ale w tej chwili nie mamy innego wyjscia.
  - A czy teraz moge juz isc do siebie?
MG_BJ: - Prosze - wzrusza ramionami.
  Je dalej swoja jajecznice.
  Claythorne wychodzi.
 
 
MG_BJ: POKOJ CLAYTHORNE'A
  Jestes u siebie. Po drodze nikogo nie widziales.
Claythorne: Dobrze.
  Sciagam przemoczone ciuchy.
  Przebieram sie.
  Klade krzeslo pod drzwi.
MG_BJ: Przebierasz sie w suche rzeczy.
Claythorne: Zabezpieczam i sprawdzam, czy nie da sie ich otworzyc z zewnatrz.
MG_BJ: Nie da, krzeslo blokuje.
Claythorne: "Perfekcyjnie".
  Klade sie na lozku i staram sie zasnac.
MG_BJ: Przewracasz sie z boku na bok.
Claythorne: Mysle o czyms odprezajacym... o Monice.
MG_BJ: Sen nie przychodzi.
  Przypomina ci sie tamten dzien.
  Tamta woda.
  Cyryl plynacy wsrod fal.
  Nie, definitywnie sen nie przychodzi.
Claythorne: Leze na lozku i mysle.
  Nasluchuje.
  Deszczu.
  Odglosow domu.
  Probuje sobie wyobrazic, jak Lombard wsadza rewolwer pod poduszke.
  Potem moje mysli wracaja do Cyryla.
  "To dla jej dobra..."
MG_BJ: Nie skontaktowala sie juz potem z toba.
  Nigdy.
Claythorne: Leze na lozku i wpatruje sie tepo w sufit.
  "I to mnie dobija".
MG_BJ: Robisz sie powoli senny.
  Deszcz tak melodyjnie puka o szybe.
Claythorne: Zamykam oczy i zasypiam.
  Udaje mi sie?
MG_BJ: Tak, zaczynasz drzemac.
 
 
MG_BJ: SZOPA
  Jestescie w szopie.
  Lawrence przyniosl ze soba obrus.
EmilBrent: Jest tu drewno?
Lawrence: - Nie wiem, ale na pewno jest tu ciemno.
MG_BJ: W szopie jest dosc ciemno.
  Troche swiatla wpada przez szczeliny w scianie.
Lawrence: - Ehhh... przyniose lampe.
MG_BJ: Lawrence wychodzi.
EmilBrent: - Pojde z panem.
Lawrence: - W porzadku.
 
 
MG_BJ: SALON
Lawrence: Rozgladam sie za lampa.
MG_BJ: Wczesniej widziales w szufladzie duza latarke.
Lawrence: Przetrzasam szuflady.
EmilBrent: - Zastanawialem sie chwile nad tym wierszem na gorze.
Lawrence: - Hmm?
EmilBrent: - Bo jest tu pewna niescislosc, jezeli spojrzec na to z tej strony...
  - Raz, ze tam jest mowa o 10 postaciach, a dwa - nie wszyscy tam gina.
MG_BJ: Znalazles latarke. Duza, nieporeczna.
EmilBrent: - Sprawna? - pokazuje na latarke
Lawrence: Sprawdzam czy dziala.
  - Nie wiem, Panie Brent... dla mnie to wszystko jest pelne niescislosci i zupelnie pozbawione sensu.
MG_BJ: Tak, dziala.
  Swieci jasno.
EmilBrent: - Nie tylko dla Pana... Tak sie po prostu zastanawiam, gdy nic lepszego nie przychodzi do glowy.
Lawrence: - Byc moze ma Pan racje.
  Zamyslam sie przez chwile.
  - Chodzmy po to drewno nim calkiem przemarzniemy.
EmilBrent: - Racja.
 
 
MG_BJ: SZOPA
Lawrence: Swiece po szopie.
MG_BJ: Drzewa ulozone jest w duze stosy.
  Rogers odrzucil przykrycie, gdy wyniosl kilka szczap, zeby je porabac na pienku obok szopy.
Lawrence: Rozkladam obrus.
  - Zaladujemy do obrusu troche, zawiniemy i zaniesiemy.
EmilBrent: - Dobrze.
Lawrence: - Reszta nawet jak bedzie mokra, to sie zapali.
EmilBrent: Biore i przenosze szczapy drewna.
MG_BJ: Skladacie drewno do zawiniatka.
Lawrence: Pomagam mu.
MG_BJ: Nagle slyszycie jakis szelest po drugiej stronie stosow drewna.
  Wyraznie po drugiej stronie, pod sama sciana szopy.
EmilBrent: Odsuwam sie.
Lawrence: Swiece w tamtym kierunku.
MG_BJ: Brent potyka sie o lezaca na ziemi szczape, przewraca sie.
EmilBrent: Do wyjscia.
  Podnosze sie.
MG_BJ: Lawrence swieci na niego.
Lawrence: - Kto tam jest?!
MG_BJ: I w tym momencie slychac glosny stukot.
  Po drugiej stronie.
  Drewno zwala sie na was.
Lawrence: Krzycze.
MG_BJ: Kilkaset kilogramow.
EmilBrent: Proboje odczolgac sie.
MG_BJ: Was obu ogarniaja ciemnosci.
  Drewno was zasypalo, czuliscie tylko ciezkie uderzenie szczap o ciala.
 
 
MG_BJ: POKOJ CLAYTHORNE'A
  Slyszysz krzyk na zewnatrz, budzi cie, i glosny halas przebijajacy sie przez deszcz.
Claythorne: Odsuwam krzeslo.
  Wychodze na korytarz.
  "Gdzie wszyscy sa?"
 
 
MG_BJ: POKOJ LOMBARDA
  Slyszysz krzyk na zewnatrz, budzi cie, i glosny halas przebijajacy sie przez deszcz.
Philip_Lombard: Nasluchuje,
  Rozgladam sie po pokoju.
  Jak sie czuje?
MG_BJ: Slyszysz, ze drzwi sie otwieraja z trzaskiem, ktos wyszedl na pietro.
  Niezle. Znacznie lepiej. Sen ci pomogl.
Philip_Lombard: Wyciagam rewolwer
  Czekam...
MG_BJ: W porzadku. Cisza. Deszcz.
Philip_Lombard: Noc?
MG_BJ: Nie, zmierzch dopiero powoli zapada.
  Piata-szosta popoludniu.
Philip_Lombard: Klade sie z powrotem do lozka. Odpoczne jeszcze troche.
MG_BJ: Ktos wbiegl na pietro.
  - Halo? Ktos tu jest? - slyszysz wolanie Brovena.
  - Pomocy!
Philip_Lombard: - Jestem!
MG_BJ: - Panie Brent, panie Lawrence. Panie Lombard!
Philip_Lombard: Otwieram drzwi z rewolwerem w dloni.
MG_BJ: - Szybko! Do szopy! - wola przemoczony Broven.
Philip_Lombard: Odsuwam sie na srodek pokoju przy zapalonym swietle.
MG_BJ: - Przygniotlo kogos.
  - Szybko.
  Zbiega na dol krzyczac:
Philip_Lombard: - Kogo?!
MG_BJ: - Panie Brent! Panie Lawrence!
Philip_Lombard: Ubieram sie i ide.
 
 
MG_BJ: ZAGAJNIK
  Pusto
Claythorne: Szukam wzrokiem jakis postaci.
MG_BJ: Halas dobiegl z szopy.
Claythorne: Ide tam.
 
 
MG_BJ: SZOPA
Claythorne: Co sie dzieje?!
MG_BJ: O kilka sekund uprzedzil cie Broven.
  - Co sie stalo? - wola do ciebie przez deszcz, bez sensu zupelnie.
Claythorne: - A skad ja mam wiedziec?
  Wchodze do srodka, rozgladam sie.
MG_BJ: Widzicie, ze drewno, ktore wczesniej bylo rowno poustawiane pod sciana w stosy, zawalilo pol pomieszczenia.
  Widzicie kawalek czyjegos ciala przywalony pod szczapami.
Claythorne: Odsuwam szczapy.
  Patrze, kto to jest.
MG_BJ: Wolno idzie, przydalaby sie czyjas pomoc.
  Nie widac na razie.
Claythorne: - Pomozcie, do cholery.
  - Ktos tutaj lezy.
MG_BJ: Jest tu tylko Broven.
  Z toba.
  - Biegne po kogos.
  Wybiega z szopy.
Claythorne: - Po kogo?! Kurwa!
MG_BJ: Szczap jest kilkaset kilogramow.
Claythorne: Zrzucam je.
  Na bok, nie podnosze.
  Jak najszybciej, zeby dotrzec do lezacego czlowieka, zeby sprobowac mu pomoc.
MG_BJ: Odgarniasz je, szybko.
  To Lawrence!
Claythorne: Probuje go jakos wyciagnac.
MG_BJ: Widzisz jego twarz, zaslonieta pokrwawionymi przedramionami.
Claythorne: Sprawdzam czy zyje.
MG_BJ: Chyba tak.
  Odciagasz go na bok.
Claythorne: [Jest przytomny?
MG_BJ: Nieprzytomny.
  Cucisz go?
Claythorne: Tak.
MG_BJ: Lawrence odzyskuje przytomnosc.
Claythorne: - Co sie stalo? Kto to zrobil?
MG_BJ: Wpadaja Broven i Lombard.
Philip_Lombard: - Co sie stalo?!
Lawrence: Probuje otworzyc oczy. Wydaje z siebie cichy jek.
  - B...
  Szeptam.
Claythorne: - Sam jeszcze nie wiem.
  - B?
MG_BJ: Lombard: Pol szopy jest zawalone setkami kilogramow drewna, ktore wczesniej lezalo rowno poustawiane w stosy pod sciana.
Claythorne: Szukam wzrokiem ksiedza.
MG_BJ: Ksiedza tu nie ma.
Claythorne: A potem na Brovena.
MG_BJ: Tylko Lombard i Broven. I Lawrence, ktory odzyskuje przytomnosc.
Lawrence: Szeptam - Pomozcie Brentowi...
Philip_Lombard: - Przygniotlo go to drewno?
MG_BJ: Obok was jest jeszcze duza sterta drewna.
Claythorne: - Tak.
  - Czemu mamy mu pomoc? Co mu sie stalo?
Philip_Lombard: - Lawrence! Dlaczego Brentowi?
Lawrence: Wskazuje reka stos drewna kolo mnie.
MG_BJ: Reka Lawrenca opada.
  Traci przytomnosc.
Claythorne: Odsuwam drewno.
MG_BJ: - Kurwa mac.
Claythorne: Szukam sladow ksiedza.
MG_BJ: Broven rzuca sie i zaczyna odwalac szczapy drewna.
Claythorne: [Czy on moze lezec pod sterta?
MG_BJ: Tak. Jest wystarczajaco duza.
Claythorne: Rozrzucam to drewno.
MG_BJ: Ksiedza odgrzebaliscie spod drewna po jakichs pieciu minutach.
Philip_Lombard: Pomagam na tyle na ile moge jedna sprawna reka.
Claythorne: Zyje?
MG_BJ: Najpierw ujrzeliscie jego szeroko rozwarte oczy i nieruchome zrenicy.
Claythorne: - Kurwa.
MG_BJ: Potem glebokie i szerokie przeciecie na czole.
  Zakrawiona twarz.
  I szyje.
Philip_Lombard: - Wiec to nie ksiadz...
Claythorne: [Czym dostal?
  - Na to wyglada.
MG_BJ: Musiala go zabic jedna ze spadajacych szczap.
Claythorne: - Przenosimy Lawrence do salonu.
  - Ksiedza zostawiamy i tak mu nie pomozemy.
  - Jest noc.
Philip_Lombard: - Przeniesmy Lawrenca...
MG_BJ: Zanosicie we trojke Lawrenca.
 
 
MG_BJ: SALON
  Niesiecie go we trojke.
  Philip. Victor i Kenneth.
Claythorne: - Co teraz?
  Patrze na gablotke.
MG_BJ: Patrzycie na gablote.
  Przyciaga wasze spojrzenia jak magnez.
  Raz.
  Dwa.
  Trzy.
  Cztery.
  W srodku pozostalo czterech ostatnich zolnierzykow.
  Victor Claythorne.
  Lawrence Wargrave.
  Philip Lombard.
  Kenneth Broven.
  Zegar bije godzine szosta popoludniu.