MG_BJ: Whisper Isle otulil zmrok.
  Silny wiatr szarpie falami otaczajacymi wyspe.
  O dach kaplicy bebni monotonnie deszcz.
  W srodku, pod sciana, za lawkami, leza dwa ciala.
  Generala Macarthura w pobrudzonym mundurze.
  Blore'a z poderznietym gardlem.
  Posrodku niewielkiego pomieszczenia znajduje sie jeszcze jeden trup.
  To doktor Armstrong. Kula rewolwerowa odstrzelila mu cwierc czaszki.
  Na szerokiej sciezce biegnacej przez cala wyspe potworzyly sie wielkie kaluzy.
  W jednej z nich, obok szopy, spoczywa martwy Thomas Rogers.
  Deszcz juz dawno zmyl krew z lezacej w poblizu siekiery,
  ktora pozbawiono go zycia.
  Wewnatrz szopy, pod sterta drewna opalowego, czesciowo odgrzebany,
  lezy nieruchomo ojciec Brent z otwartymi oczami.
  Smiertelna rana na jego czole wyglada bardzo niepozornie.
  Sto metrow dalej i trzydziesci metrow ponizej, pod woda,
  w samochodzie-pulapce, na fotelu kierowcy, siedzi utopiony Anthony Marston.
  Jedynym oswietlonym miejscem na calej wyspie jest pietrowy dom.
  W pustym pomieszczeniu na poddaszu spoczywa cialo Ethel Rogers
  z agonalnie wykrzywiona twarza.
  Na parterze, w salonie, zegar wskazuje kwadrans po szostej wieczorem.
  Wokol stolu siedzi czterech mezczyzn.
  Nic nie mowia, obrzucaja sie skrajnie nieufnymi spojrzeniami.
  Victor Claythorne.
  Kenneth Broven.
  Philip Lombard.
  I Lawrence Wargrave, z pokaleczona twarza i szyja.
  Czterech ostatnich z jedenastu.
  Wreszcie jeden z nich przerywa milczenie.
 
 
MG_BJ: SALON
Claythorne: - Wiec jakie mamy plany?
  - Co robimy, jak sie zabezpieczymy przed zabojcom?
Kenneth_Broven: - Musimy uciekac w wyspy
Philip_Lombard: - Zabojca liczy na to ze bedziemy uciekac
Claythorne: Patrze na Brovena, marszczac brwi.
  - Jak chce pan uciec, panie Broven?
Kenneth_Broven: - To co proponujesz ?
Claythorne: - Nie skonczylismy tratwy.
Kenneth_Broven: - To jaki macie plan ?
Claythorne: - Proponuje debate, ktorej celem ma byc ocalenie kazdego z nas i opuszczenie tej piekielnej wyspy.
Philip_Lombard: - Spojrzmy prawdzie w oczy: nikt niebylby na tyle zreczny, aby przygotowac to wszystko, byc tutaj, zabijac nas ... i nie siedziec przy tym stoliku
Claythorne: - Tez tak uwazam.
Philip_Lombard: - Znaczy... mysle ze to musi byc jeden z nas
Claythorne: [Czy ta gablotka z zolnierzykami, czy tam potrzebny jest klucz, by ja otworzyc?
MG_KL: [ tak
Lawrence: - Nasze debaty sa pozbawione sensu, jesli morderca jest wsrod nas. - bacznie przygladam sie zgromadzonym
MG_BJ: [Gablotka jest zamknieta na klucz, ale latwo mozecie ja rozbic.
Philip_Lombard: - I wiem ze po ataku Armstronga teraz ja jestem dla was glownym podejrzanym.
Claythorne: - Nie, skad.
  - Podejrzewam zupelnie kogo innego, panie Lombard, pan sie z mojej strony nie musi niczego obawiac.
  Usmiecham sie paskudnie.
  - Ale dosc wzajemnych animozji.
  - Przejdzmy do konkretow.
  - Co panowie proponuja?
Philip_Lombard: - Doprawdy, kamien spadl mi z serca.
Claythorne: - Ucieczka jest wyjsciem logicznym.
  - Jednak nie mamy srodkow, by tego dokonac.
Philip_Lombard: - Jutro moze zdolalibysmy skonczyc tratwe.
MG_BJ: Mija wpol do siodmej.
Philip_Lombard: - Teraz wystarczy juz mniejsza...
Claythorne: - Do jutra mozemy nie zyc.
MG_BJ: Deszcz nie przestaje padac, za oknami jest juz dosc ciemno.
Claythorne: - Hm.
MG_BJ: Slychac jak wiatr obija sie o sciany domu.
Claythorne: - A co myslicie o tym.
  - By przeszukac dokladnie dom.
  - W poszukiwaniu radiostacji?
  - Dlaczego o tym mowie?
  - Zalozmy, ze zabojca jest wsrod nas. Na to sie chyba wszyscy godzimy.
Philip_Lombard: - To dobry pomysl.
Claythorne: - Wiec zaplanowal to, ze nas wszystkich zabije.
  - Ale przeciez musi opuscic wyspe.
Lawrence: Pograzam sie w glebokiej zadumie
Philip_Lombard: - Choc mysle ze nie ukrylby jej tu w domu...
Kenneth_Broven: - Prosze bardzo
  - Sluchamy
Claythorne: - I zawiadomic tego czlowieka z lodki, z ktorym sie umawial wczesniej.
Kenneth_Broven: - Owszem
Claythorne: - Mam na mysli takze kaplice, panie Lombard.
Kenneth_Broven: - Zabojca musi miec jakis sposob wydostania sie z wyspy
  - Wlasnie
Claythorne: - Czy wszyscy z tutaj zgromadzonych sa gotowi przeszukac kaplice, doklanie?
Lawrence: - byc moze dziala w porozumieniu z kims z zewnatrz?
Claythorne: - Podzielilibysmy sie na dwojki.
Philip_Lombard: - Chyba ze przewoznik przyplynie na przyklad po tygodniu, co i tak by moglo zabojcy wystarczyc
Kenneth_Broven: - Racja
Claythorne: - Siedziec tydzien z gnijacymi trupami?
Philip_Lombard: - Wtedy moze nie byc radiostacji.
  - Akurat sobie bedzie po 2 dziennie zakopywal.
Claythorne: - Mysle, ze nawet zabojca nie jest az tak zdesperowany.
  - Bardzo smieszne, panie Lombard, bardzo smieszne.
Philip_Lombard: - Dlatego proponuje, aby nikogo juz wiecej nie chowac, aby przynajmniej mial duzo pracy.
Claythorne: - Panie Lombard, prosze zaczac myslec konkretnie.
Philip_Lombard: - Ok, konkretnie mozemy wiec przeszukac kaplice.
Claythorne: - Chyba, ze chce pan mu dodac wiecej roboty - w takim wypadku, prosze sobie strzelic w leb, my wezmiemy panski pistolet i wtedy pomyslimy, co dalej.
Philip_Lombard: - Przewrocimy ja cala do gory swiecami
Claythorne: - Lawrence?
Kenneth_Broven: - Chodzmy
Lawrence: - Slucham? - otrzasam sie z zadumy
Claythorne: - Idzie pan z nami?
Philip_Lombard: - Za pozwoleniem... obawiam sie ze ze mna bedzie mial akurat najwiecej zachodu.
  - Chodzmy
Kenneth_Broven: - Poczekajcie
MG_BJ: [Idac do kaplicy, wejdzcie najpierw na #pbirc-wyspa]
Kenneth_Broven: - Wezmy mlotki czy cos podobnego
Lawrence: - Naturalnie
Kenneth_Broven: - Jakbysmy musieli cos rozwalic
Claythorne: - Wiec idziemy?
Kenneth_Broven: - Zdaje sie ze sa jakies w piwnicy
MG_BJ: [Po narzedzia musicie isc do szopy.
Kenneth_Broven: - Pojde sam, jak zabojca jest wsrod nas to nic mi nie grozi
MG_BJ: [Czesc zostala tez w zagajniku, przy niedokonczonej tratwie
Claythorne: - Zahaczymy o szope, w drodze do kaplicy.
  - Dobrze, Broven, idz.
Kenneth_Broven: [ ide
Philip_Lombard: Ide w kierunku kaplicy.
MG_BJ: Zostales sam w salonie.
Kenneth_Broven: [wszyscy sobie poszli ?
  ide do piwnicy
 
 
MG_BJ: WYSPA
Claythorne: - Mysle, ze Broven jest zabojca.
  - By miec pewnosc.
MG_BJ: Wedrujecie w kierunku kaplicy.
Claythorne: - Musielibysmy go przeszukac.
MG_BJ: Deszcz pada, jest tu dosc ciemno, co chwila ktorys z was wchodzi w gleboka kaluze.
Claythorne: - Gdyby mial klucz od gablotki.
Philip_Lombard: - Co spodziewa sie pan znalezc?
Claythorne: - To mielibysmy dowod.
MG_BJ: Widzicie w oddali swiatla miasteczka, po drugiej stronie ciesniny.
Philip_Lombard: - Hmmm... to dobry pomysl. Mozemy od wszystkich zazadac oproznienia kieszeni.
Claythorne: - To Broven pana wolal wczesniej, prawda?
  - I on, jako jedyny.
  - Przechodzil przez salon wielokrotnie.
  - Na tyle czesto, by usunac zbedne figurki.
Philip_Lombard: - Hmm... nie zauwazylem tego.
Claythorne: - A ja tak
  - I najwazniejsze.
  - Gdy to wszystko mialo miejsce w szopie.
  - Spalem.
  - Gdy przybieglem na miejsce.
  - Spotkalem Brovena...
  - Ktory stwierdzil, ze pojdzie po pana.
  - Dziwny zbieg okolicznosci, prawda?
Philip_Lombard: - Tak, rowniez spalem wtedy.
MG_BJ: Zblizacie sie do kaplicy. Jestescie juz przemoczeni. Deszcz utrudnia rozmowe.
Claythorne: - Czemu Broven tak szybko znalazl sie przy szopie, skoro tuz po zdarzeniu bylem na miejscu, a on byl przede mna?
  - A teraz, jako jedyny.
Philip_Lombard: - Cholera, chyba znowu cos mnie bierze... Jeszcze nie wyzdrowialem calkiem.
Claythorne: - Nie poszedl z nami.
  Wchodzimy do kaplicy.
Philip_Lombard: - Pozniej to przemysle.
 
 
MG_BJ: KAPLICA
Claythorne: - Dlaczego pozniej?
  - Pozniej mozemy nie miec czasu.
  - Niech pan spojrzy trzezwo na fakty, panie Lombard.
  - I pan, Lawrence.
MG_KL: Wchodzicie do kaplicy. Od waszego ostatniego pobytu nic tu sie nie zmienilo.
Lawrence: - Staram sie, ale to bardzo powazne oskarzenie...
Philip_Lombard: - Coz... wiec prosze samemu rozwiazac te kwestie. Nie bede sie wtracal.
Claythorne: - W obecnej chwili nie ma innych, niz powazne oskarzenia, Lawrence.
  - Bez panskiej pomocy, Lombard, to sie nie uda.
  - Pan ma pistolet.
  - Niech nam pokaze, co ma w kieszeniach.
  - I wtedy zobaczymy.
Philip_Lombard: - Pistolet przydaje sie dopiero gdy chce sie kogos zabic.
  - Mi juz wystarczy na dzisiaj.
Lawrence: - A pan chce kogos zabic?
Philip_Lombard: - Nie... I obawiam sie ze najlepszym rozwiazaniem byloby teraz isc spac, zamiast biegac z mlotkami po kaplicy.
Lawrence: - Musze jednak przyznac, ze jest sporo racji w tym co mowil pan Claythorne
Claythorne: - Ale przydaje sie takze, gdy trzeba na kogos wywrzec nacisk.
  - Niech pan to przemysli, panie Lombard. Od tego zalezy nasze zycie.
  - I pan, Lawrence, niech takze zajmie jednoznaczne stanowisko.
  Zaczynam przeszukiwac kaplice.
  Szukam luznych plytek w podlodze.
  Opukuje sciany.
Philip_Lombard: - No wiec go dopadnijcie i zrobcie co uwazacie za sluszne.
Claythorne: - A pan?
  - Czemu umywa pan rece?
MG_KL: Nie slyszysz nic niepokojacego
Lawrence: - Zdaje sie, ze to wlasnie pan ma odpowiednie ku temu srodki, panie Lombard
Claythorne: - No wlasnie, Lawrence wyjal mi to z ust.
MG_BJ: Slyszycie jakies krzyki z zewnatrz.
  - Zabojca! Zabojca!
  Przebijaja sie przez deszcz.
Philip_Lombard: - Jak na razie od uzycia broni zginela tylko jedna osoba, a nasze sledztwo nie posunelo sie...
Lawrence: - Co wiecej, jezeli faktycznie jest morderca, z tego powodu pan jest jego naturalnym celem
Philip_Lombard: Wychodze.
Claythorne: - Tak, Lawrence ma racje.
  Zostaje.
  - Czekaj.
  - To moze byc pulapka.
Lawrence: - Tak?
Claythorne: - Poczekajmy jeszcze chwile.
MG_BJ: Philip Lombard stoi w otwartych drzwiach.
Claythorne: Patrze na niego.
MG_BJ: Biegnie ku wam Broven.
Claythorne: - Co sie stalo?
MG_BJ: Jest uwalany blotem.
Philip_Lombard: [Skad dobiegaly te krzyki?
Kenneth_Broven: - Zabojca!
Claythorne: - Gdzie?
MG_BJ: Ma zraniona dlon, jest caly pokryty brazowym szlamem.
  Zdyszany, krzyczy.
Kenneth_Broven: - Ktos zaatakowal mnie na sciezce
  - Zdolalem uciec
Claythorne: - Prosze mi pokazac panska reke, Broven.
Kenneth_Broven: pokazuje
Philip_Lombard: "Akurat! To tylko dodaje wiarygodnosci Claythornowi"
Claythorne: [Jakie to ciecie? Mogl sobie to sam zrobic?
Kenneth_Broven: - Rzucil mnie na ziemie
MG_BJ: [Trudno powiedziec, wyglada tak, jakby upadl i zdarl sobie skore z dloni.
Kenneth_Broven: - Ale zdolalem sie wywinac
Claythorne: - Jak wygladal?
Kenneth_Broven: - i odbiec
Claythorne: - Czemu jest pan ranny? Co panu zrobil?
Kenneth_Broven: - Zartuje pan ?! widzi pan jak jest ciemno na dworze i jaki deszcz pada?
Lawrence: - Jezeli to prawda, to teraz mamy niezaprzeczalna szanse zlapac sprawce
Kenneth_Broven: - Moge panu powiedziec ze mial dwie rece i nogi
  - Rzucilk sie na mnie i obalil na ziemie
  - Zdolalem sie wywyinac
  - I kopnac go w twarz
  - A pozniej ucieklem
Lawrence: - Jezeli nie, pan stanie sie glownym podejrzanym - oskarzycielsko wyciagam palec w strone Brovena
Claythorne: - Broven, mam do pana jedno, proste pytanie.
Philip_Lombard: - Coz, musimy chyba na razie przyjac wersje pana Brovena.
Kenneth_Broven: - Tak ?
Philip_Lombard: - Ale i tak nie wierze, aby ktos jeszcze tutaj byl.
Claythorne: - Czy pan znalazl sie pierwszy na miejscu zdarzenie, gdy Brent zostal zaatakowany w szopie?
Kenneth_Broven: [ bylem? nie bylo mnie wteduy na sesji
  - Tak, bylem pierwszy
Claythorne: - A co robil pan wczesniej?
Kenneth_Broven: [ nie wiem, musze logi przeczytac :)
  - Jadlem kolacje w kuchni
Claythorne: - Rozumiem.
MG_BJ: Zapada cisza.
  Drzwi do kaplicy nadal sa otwarte, na dworze pada deszcz.
  Wydaje sie, ze powoli ustaje.
Philip_Lombard: - Padla taka propozycja, aby przeszukac nas wszystkich.
Claythorne: - Czy ma pan cos przeciwko, Broven?
Kenneth_Broven: - Owszem, niech ten ktory to zaproponowal pierwszy podda sie kontroli
Claythorne: Pokazuje kazda kieszen na lewa strone.
  Sciagam sweter i pokazuje, ze nie mam zadnego lancuszka z kluczykiem.
Philip_Lombard: Ja rowniez...
Claythorne: Gdy koncze, podchodze do Lombarda.
  I ogladam dokladnie kazda jego kieszen.
Philip_Lombard: Odpinam tez kabure pistoletu
Lawrence: Przygladam sie uwaznie
Kenneth_Broven: wywijam kieszenie
Philip_Lombard: Nie ma nic podejrzanego...
Claythorne: Podchodze do Brovena.
  [Co ma w kieszeniach?
MG_BJ: [Broven, czy pozwalasz sie przeszukac Claythorne'owi?
Kenneth_Broven: tak
  zdejmuje marynarke
  rozpinam koszule
MG_BJ: Broven stoi teraz w samej koszuli i spodniach.
  Uwalany blotem od stop po szyje.
Claythorne: [Co znajduje przy nim?
Philip_Lombard: - Tak przyda sie panu to przeprac.
  Przeszukuje kieszenie marynarki i koszule.
MG_BJ: Claythorne zbliza sie do Brovena z zamiarem przeszukania go.
Kenneth_Broven: Siegam za plecy i wyciagam rewolwer poczym strzelam do Lombarda
MG_BJ: Lombard obok przetrzasa kieszenie marynarki (w koszuli nie ma kieszeni).
Claythorne: Rzucam sie na Brovena
Philip_Lombard: Unik, odpowiadam ogniem.
MG_BJ: Lombard dostal kule prosto w piers.
Lawrence: -Moj Boze!
MG_BJ: Przewraca sie na lawki.
Kenneth_Broven: [ odpiales kabure
Claythorne: Probuje go zlapac za reke z pistoletem.
MG_BJ: Rewolwer Lombarda lezal na lawce obok.
MG_KL: [ poza tym to nie strzala
MG_BJ: Claythorne rzuca sie na Brovena.
Claythorne: Wykrecam ja.
Lawrence: Rzucam sie do broni Lombarda
Kenneth_Broven: odtracam Claythorna
  uciekam z kaplicy
Claythorne: W razie potrzeby gryze.
MG_BJ: Broven nadspodziewanie silnie odpycha Claythorne.
  Claythorne potyka sie o lawke, przewraca na plecy.
  Broven wybiega w noc i deszcz.
Claythorne: Wstaje.
  - Ile mamy pociskow, Lawrence?
Lawrence: - Za nim!
Claythorne: Podchodze do Lombarda.
  - Nie!
  - On na to czeka.
MG_KL: [ Nie zyjesz?
Claythorne: - Musimy przemyslec plan dzialania.
Lawrence: Zatrzymuje sie
MG_BJ: Lombard lezy nieruchomo.
Lawrence: - Ma pan racje.
MG_BJ: Ktos moze mu sprawdzic tetno.
Claythorne: Sprawdzam puls.
MG_BJ: Nic.
  Lombard nie zyje.
Lawrence: Sprawdzam bron
Claythorne: - Cholera.
  Nie ma przy sobie zapasowych naboi?
MG_BJ: Rewolwer Lombarda jest nabity, wszystkich szesc komor.
  Ale dodatkowych pociskow przy nim nie znajdujesz.
Claythorne: - Dobra.
Lawrence: - Powinno wystarczyc
Claythorne: - Lawrence.
  - Teraz musimy zalozyc.
Lawrence: - Tak?
Claythorne: - Ze on na nas czeka.
  - Gdzies sie ukryl.
  - Musimy zalozyc, ze ma jeszcze wiecej pociskow, moze nawet kilka magazynkow.
  - Dobrze pan strzela, Lawrence?
Lawrence: - Zatem proponuje zgasic swiatlo
  - Czy dobrze strzelam? Nie najgorzej
Claythorne: - Doskonale.
  - W jaki sposob zgasic swiatlo?
  - Tutaj, w kaplicy?
MG_BJ: Jest przelacznik na scianie.
Claythorne: Wylaczam swiatlo.
  - Wiec tak.
Lawrence: - Dokladnie
MG_BJ: Zapadaja ciemnosci.
Claythorne: - Czy w domu jest jakies glowne zasilanie?
  - Przesunmy sie do drzwi, by ewentualnie go uslyszec, gdyby sie zblizal.
  Staje przy scianie, tuz przy drzwiach.
MG_BJ: Niczego takiego nie szukaliscie, ale w piwnicy powinny byc bezpieczniki. Albo na poddaszu...
Lawrence: - Domem zajmiemy sie pozniej
Claythorne: - Dobra.
MG_BJ: [Kto ma rewolwer Lombarda?
Claythorne: - Teraz tak.
  [Lawrence
Lawrence: - Trzeba by go jakos sprowokowac
Claythorne: - Musimy zalozyc, ze nie zaatakuje nas na sciezc.
  - Jest za ciemno.
MG_BJ: Deszcz przestaje padac.
Claythorne: - Nie bedzie ryzykowal, ze spudluje.
MG_BJ: Teraz na zewnatrz wieje tylko wiatr.
Claythorne: - Musimy zalozyc, ze czeka teraz przy oknie.
  - By zobaczyc, jak sie zblizamy do domu.
Lawrence: - Tak. Idziemy w odstepach
Claythorne: - Ja pojde pierwszy.
  - Jesli do mnie strzeli, bedzie pan wiedzial, gdzie ma celowac.
Lawrence: - Nie
Claythorne: - Wlasnie tak, tak trzeba zrobic.
  - Jesli trafi pana, stracimy rewolwer.
Lawrence: - Niech pan tak nie ryzykuje
Claythorne: - NIe mamy innego wyjscia.
Lawrence: - No coz...
Claythorne: - Prosze sie otrzasnac, musimy dzialac.
Lawrence: - To panska decyzja
Claythorne: - Tutaj nie ma miejsca na wielkie rozmyslania.
Lawrence: - Chodzmy
Claythorne: - Dzialamy, zabijamy go, albo pojmujemy.
  - I uciekamy stad.
  - Wychodzimy. Pan za mna, Lawrence, cztery kroki za mna.
 
 
MG_BJ: WYSPA
  Stoisz kilka metrow przed kaplica.
  Deszcz faktycznie przestal padac.
Claythorne: Rozgladam sie.
  Lekko pochylam.
  Lawrence (n=Xywa@gw-os.telsten.com) has joined #pbirc-wyspa
MG_BJ: Na chwile zza chmur wychylil sie ksiezyc.
Claythorne: Schylam sie gwaltownie.
MG_BJ: Oswietlil srebrzyscie kaluze ciagnace sie wzdluz calej dlugosci sciezki, az do domu.
  Nic. Cisza.
  Wiatr tez sie powoli uspokaja.
Claythorne: "Moze mnie trafic, cholera"
  - Niech sie pan schyli.
  Szepcze.
Lawrence: Trzymam bron w pogotowiu
Claythorne: - Dobra, idziemy.
Lawrence: Ide za jego rada
Claythorne: Czekam, az ksiezyc ponownie skryje sie za chmurami.
MG_BJ: Lekko pochyleni, ruszacie po chwili sciezka.
  Dom maluje sie swietliscie na tle ciemnego, bezgwiezdnego nieba.
Claythorne: [Pali sie swiatlo?
MG_BJ: Tak, we wszystkich oknach.
  W zadnym z nich nikogo nie widac.
Claythorne: - On moze byc na zewnatrz.
  - Zeby nas zobaczyc w swietle domu.
Lawrence: - Raczej nie
  - Na pewno poszedl zajac sie gablota
  - To w koncu psychopata
Claythorne: - Nie, nie.
  - Nie az taki.
  - Pomyslmy chwile.
MG_BJ: Przystaneliscie w polowie drogi.
Claythorne: [Ile jest wejsc do domu?
MG_BJ: [Dwa. Glowne i przez ogrod, prowadzace prosto do salonu.
  [Tylko ze ogrod otacza zywoplot i nie ma w nim chyba przejscia.
  [Nie pamietacie, nie sprawdzaliscie dokladnie.
Claythorne: - Idziemy przez ogrod.
Lawrence: - Lepiej pozostawac w ruchu
  - Dobrze
Claythorne: - Wydaje mi sie, ze tamtedy dojdziemy niepostrzezenie.
  Ruszamy w kierunku tylnego wejscia.
MG_BJ: Skrecacie, wymijacie dom lukiem, po chwili znalezliscie sie na tylach.
 
 
MG_BJ: OGROD
  Jestescie przy ogrodzie.
  Faktycznie otoczony jest zywoplotem.
Claythorne: Nasluchuje.
MG_BJ: Cisza.
  Deszcze nie pada juz, wiatr sie tez uspokoil.
Claythorne: Szukam jakiejs wyrwy w zywopolocie.
MG_BJ: Mokra trawa chrzesci pod waszymi stopami.
  W jednym miejscu zywoplot jest troche nizszy, siega wam tylko do pasa.
Claythorne: Rozgladam sie dokladnie.
MG_BJ: Mozecie przechodzic tamtedy, ale zajmie wam to chwilke, no i zmoczycie sie o liscie.
  Nikogo nie widac, nikogo nie slychac... chociaz wokol miejsc na kryjowke jest az nadto.
Lawrence: Rozgladam sie uwaznie
Claythorne: Patrze na ziemie - czy lezy gdzies jakis kamien?
MG_BJ: Tak, mnostwo.
Claythorne: Wybieram kilka, takich malych, by nimi jakby cos rzucic.
MG_BJ: Zebranie ich zajelo ci zaledwie kilkanascie sekund.
Claythorne: Gdy to juz zrobilem, przechodze przez zywoplot.
MG_BJ: Zajmuje ci to okolo minuty, galazki cie podrapaly, ale jestes juz po drugiej stronie.
  Lawrence?
Lawrence: Ide za nim
MG_BJ: W ogrodzie nikogo nie ma, widzicie tez kawalek salonu. Pusty.
Claythorne: - Dobra.
  POdchodze powoli do drzwi.
  Nasluchuje.
MG_BJ: Drzwi sa oszklone.
Lawrence: Mocniej sciskam bron w rece
MG_KL: [ to sa szklane drzwi balkonowe
MG_BJ: Nadal nic nie slychac, nic nie widac.
Claythorne: - Ubezpieczaj mnie.
  W jednej rece mam kamien.
  Druga naciskam na klamke.
 
 
MG_BJ: SALON
Claythorne: Rozgladam sie.
  Nasluchuje.
MG_BJ: Pusto.
  Cicho.
Claythorne: Pokazuje gestem dloni, ze Lawrence moze wchodzic.
MG_BJ: I tylko trzy figurki w gablocie...
Claythorne: - Dobra.
MG_BJ: Ale nikogo tu nie ma.
Claythorne: - Pieprzony maniak.
  - Gasimy swiatlo?
Lawrence: -Nie
Claythorne: [Opisz mi jak najdokladniej ten salon.
Lawrence: - Moze sie zorientowac gdzie jestesmy
Claythorne: - I wlasnie o to chodzi.
MG_BJ: Duze pomieszczenie podzielone poniekad na dwie czesci.
Claythorne: - Mozemy zastawic na niego pulapke.
MG_BJ: W jednej, jadalnej, znajduje sie prostokatny stol i dosuniete do niego krzesla.
Lawrence: - Predzej on zastawi na nas
MG_BJ: W drugiej, salonowej, sa dwa stoliki do kawy, jeden wiekszy, drugi mniejszy, wokol obu znajduja sie kanapy i fotele.
  Poza tym jest tutaj kredens, ktorego czesc stanowi zamknieta gablota z figurkami.
Claythorne: - Dobra.
  - Sprobujmy zalozyc, co on mysli.
MG_BJ: I gramofon.
Claythorne: - Mamy jeden rewolwer.
  - Jest nas dwoch.
  - Potrzebujemy broni dla jednego z nas.
  - Mozemy isc do kuchni po noz.
  - Jak myslisz, czy czeka na nas w kuchni?
Lawrence: - Kuchnia? Raczej nie
Claythorne: [Ile mamy drzwi w tym pokoju?
MG_BJ: Dwa. Kuchnia i przedpokoj. No i oczywiscie drzwi balkonowe, ktorymi weszliscie.
Claythorne: [I schody na gore?
  Staje gdzies boku i zamyslam sie.
MG_BJ: [Schody na gore sa w przedpokoju
Lawrence: Zerkam t na jedne to na drugie drzwi
MG_BJ: Nic. Pusto. Cicho. Jakby nigdy nikogo tutaj nie bylo.
Lawrence: Podchodze do kuchenny drzwi. Zagladam do srodka
MG_BJ: Kuchnia. Pusto. Na stole talerz z resztkami jedzenia.
Lawrence: Krece glowa i ide do przedpokoju
MG_BJ: Schody na gore i boczna odnoga korytarza prowadzaca do lazienki. Po drugiej stronie drzwi wejsciowe.
Claythorne: - Lawrence.
  - Mam.
  - Prosze do mnie.
  Szeptam.
Lawrence: Zerkam na Claythorne'a
  - Tak?
Claythorne: - Wiec tak.
  - Musimy najprzod sprawdzic przedpokoj.
  - I zobaczyc, czy sa tam swieze, mokre slady.
MG_BJ: Juz tam jestescie.
Claythorne: Patrze na podloge.
MG_BJ: Owszem, widzicie troche blotnistych sladow prowadzacych w strone schodow.
Claythorne: - Dobra.
MG_BJ: Ale sa dosc niewyrazne, w domu jest cieplo, woda na dywanie szybko wysycha.
Claythorne: - Teraz wazniejsze.
  - Gasimy swiatla wszedzie, gdzie idziemy.
  - I sciagamy buty.
  - I prosze sie nie usmiechac glupkowato.
  - Skarpety wytlumia odglosy naszych krokow.
Lawrence: - Skoro to konieczne...
Claythorne: - A w ciemnosci mamy wieksza szanse, ze go uslyszymy.
  - W pewnym sensie traci element zaskoczenia.
  - Niech pan rygluje schody.
  - Ja wezme z kuchni noz.
  - I pogasze swiatla.
  Sciagam buty.
Lawrence: -... ale dosc juz panskiej brawury, w domu ja ide pierwszy, z bliska strzal jest pewny
Claythorne: - Dobrze.
MG_BJ: Po chwili Claythorne wraca do przedpokoju.
  W dloni trzyma noz.
  Swiatla w kuchni i salonie zostaly zgaszone.
Lawrence: - Noz to ostatecznosc
MG_BJ: Obaj zdjeliscie buty.
Claythorne: - Dobra, idziemy.
MG_BJ: Powoli wchodzicie po schodach na gore.
  Lawrence pierwszy, z rewolwerem.
  Tuz za nim Claythorne z nozem.
 
 
MG_BJ: PIETRO
Claythorne: Rozgladam sie.
  Za przyciskiem od swiatla.
MG_KL: Przy schodach
Claythorne: Gasze swiatlo.
  Nasluchuje.
Lawrence: Ostroznie sie rozgladam
MG_KL: Nic nie syszysz
  Oprocz oddechu Lawrence'a
Claythorne: Patrze w szpare pod drzwi - czy w kazdych pali sie swiatlo?
MG_BJ: [Mozecie isc dalej na poddasze, albo zajrzec kolejno do wszystkich sypialni.
Lawrence: Obserwuje Claythornea
MG_KL: Nie. W zadnych
Claythorne: - Dobra...
Lawrence: Daje mu znak,ze ide na gore
Claythorne: - Nie.
  - Sprawdzamy najprzod sypialnie.
  - Ja otwieram delikatnie drzwi, nie stoje przed nimi frontem.
Lawrence: - Nie
Claythorne: - Zeby nie mogl mnie trafic.
  - Zaczynamy od konca.
  - Jak cos, uslyszymy go.
Lawrence: - Odsun sie
Claythorne: - Dlaczego nie?
MG_KL: Sprawdziliscie po kolei wszystkie sypialnie. Wszystkie sa puste
  [ zachodze w glowe jak zrobiliscie to po ciemku
Claythorne: - Jesli jest na poddaszu, bez problemu nas zabije.
Lawrence: - BLiska odleglosc to peny strzal
MG_BJ: [Swiatlo padalo z poddasza na korytarz na pietrze
Lawrence: - A pan nie ma szans odpowiedziec
Claythorne: - Idziemy na poddasze?
  - Ale jak pana trafi.
  - To stracimy bron.
  - Jesli mnie trafi, bedzie pan wiedzial, gdzie on sie znajduje.
Lawrence: - To zgine
Claythorne: - Ale ja tez.
Lawrence: - Spieszno panu do smierc
Claythorne: - A jesli ja zgine, to pan ma szanse przezyc.
Lawrence: - A ja jestem juz stary
Claythorne: - Moze w ten sposob odkupie swoje winy?
  - Prosze tak nie mowic.
Lawrence: - Dosc tego
Claythorne: - Zreszta, dosc.
  Ide pierwszy.
Lawrence: - Prosze ustapic przed siwa glowe
Claythorne: Wchodze na poddasze.
  - Przykro mi, nie tym razem.
  Usmiecham sie blado.
  I wchodze na poddasze.
 
 
MG_BJ: PODDASZE
Claythorne: Rozgladam sie.
Lawrence: Wpycham sie przed Claythorne
MG_BJ: Drzwi do pokoju sluzby sa otwarte.
MG_KL: Korytarz jest pusty
MG_BJ: Pali sie tam swiatlo.
Lawrence: I ruszam do pokoju
Claythorne: Ide za nim.
MG_BJ: Te drugie, gdzie lezy trup Ethel, sa zamkniete.
Claythorne: Wyciagam kamien z kieszeni.
Lawrence: Przygotowuje bron
Claythorne: W jednej rece mam noz, w drugiej kamien.
MG_BJ: Dostrzegacie jakis ruch, przez szpare drzwi.
  Ktos chyba stoi za drzwiami pokoju dla sluzby...
Claythorne: Nasluchujemy.
Lawrence: Klade dlon na klamce
MG_BJ: Drzwi do pokoju sa otwarte.
Claythorne: [Calkowicie?
MG_BJ: Tak.
  Ale przez szpare przy zawiasach widzieliscie chyba jakis ruch.
  Jakby ktos tam stal.
Claythorne: Dobijam te drzwi do sciany.
Lawrence: Strzelam w drzwi
Claythorne: Wskakuje i z calym impetem je uderzam.
  By przygniesc go do sciany.
MG_BJ: Zza drzwi wolno wysuwa sie cialo.
  Zostawiajac mokry, czerwony slad na scianie.
  To Kenneth Broven.
  Rewolwer wypada ze zwiotczalej dloni.
  Przewraca sie na podloge, nieruchomy, martwy.
Lawrence: Oddycham ciezko
Claythorne: Nie moge oderwac od niego wzroku.
  "Koniec, wreszcie koniec, moj Boze..."
  Przygladam sie cialu.
MG_BJ: Broven wpatruje sie w was szeroko otwartymi oczami.
  Pod jego cialem wolno tworzy sie kaluza krwi.
  Kula rewolwerowa strzaskala drzwi i trafila go w okolice prawego pluca.
Claythorne: Siegam po rewolwer i jednoczesnie sprawdzam puls.
MG_BJ: Nic.
Lawrence: - Niemal mu sie udalo...
Claythorne: - Ale nam sie udalo.
MG_BJ: Jest mrtwy. Tak jak pozostala osemka.
Claythorne: Usmiecham sie do Lavrenca.
MG_BJ: Co robicie?
Claythorne: Zapalamy swiatlo.
  Wszedzie.
  I przeszukuje ten pokoj.
  A potem pokoj, w ktorym lezy cialo pani Rogers.