MG_BJ: EPILOG
  Przeszukaliscie caly dom.
  Ale nigdzie nie udalo wam sie znalezc radiostacji.
  Jednak, gdy mniej wiecej po godzinie znalezliscie sie w salonie, zauwazyliscie jakies swiatla poruszajace sie przez ciesnine.
Claythorne: Wychodzimy na zewnatrz.
  Czekamy na lodzie.
  Strzelam z rewolwera Brovena w powietrze
MG_BJ: Jestescie na zewnatrz. Deszcze nie pada, fale sie uspokoily.
  W kierunku Whisper Isle plynie motorowka, ale jest jeszcze daleko stad.
Lawrence: -Pozostaje nam czekac
MG_BJ: Pojawi sie tu dopiero za jakies trzydziesci minut.
Claythorne: - Tak.
Lawrence: - Herbaty?
Claythorne: - Tak.
  Usmiecham sie.
  - Z checia.
Lawrence: Ruszam w strone domu
Claythorne: Ide z nim.
MG_BJ: Wracacie do domu.
  Wasze spojrzenia padaja mimowolnie na gablote.
  Na trzy figurki zolnierzy znajdujace sie w srodku.
Claythorne: - Chyba pora je wyjac, co?
Lawrence: - Zdaje sie, ze jest o jedna za duzo
Claythorne: - Tak, racja.
  Rozbijam gablote kolba.
Lawrence: - Nieco ponury ten zart
Claythorne: I wycigam figurke.
MG_BJ: Claythorne podchodzi do gabloty.
  Przystaje przed nia, wpatruje sie przez chwile w figurki w srodku.
Lawrence: Ide za nim i uderzam Claythorna w glowe
MG_BJ: Claythorne pada twarza do przodu, rozbijajac swoja glowa gablote.
Claythorne: [Slyszalem cos?
MG_BJ: Po czym osuwa sie ogluszony na ziemie, wsrod fontanny kawalkow szkla.
Claythorne: [Jestem przytomny?
Lawrence: Poprawiam
MG_BJ: Jeszcze jestes, ale silne kopniecie w glowe pozbawia cie przytomnosci.
Lawrence: Spluwam na jego cialo
  I uderzam jeszcze raz dla pewnosci
MG_BJ: Claythorne odzyskuje przytomnosc zaledwie kilka minut potem.
  Ma skrepowane rece i nogi.
Claythorne: Rozgladam sie.
MG_BJ: Ktos ciagnie cie przez salon do przedpokoju.
Lawrence: - Coz pewnie zastanawiasz sie jak to mozliwe?
Claythorne: - Nie.
  - Dla mnie wszystko jest jasne.
  - Zastanawiam sie tylko, dlaczego pozostali byli az takimi idiotami.
  - Wiesz, tak szczerze mowiac.
Lawrence: - Tym lepiej. Zatem rozumiesz co musze uczynic
Claythorne: - Caly czas zastanawialo mnie to twoje milczenie.
Lawrence: - Zejdziemy teraz do piwnicy
Claythorne: [Rozgladam sie.
MG_BJ: Lawrence wlecze cie za nogi ku schodom do piwnicy.
Claythorne: [Czy siegne do kamieni, ktore mam w kieszeni?
Lawrence: - A tam wszystko sie wyjasni
MG_BJ: Nie, masz skrepowane rece z tylu i nogi w kostkach.
Claythorne: - No, ale powiedz mi.
  - Jak to jest, ze sie skumales z takim dupkiem jak Broven.
Lawrence: - Masz racje, ze ciezko zgrzeszyles, ale musisz za to zaplacic w odpowieni sposob
MG_BJ: Lawrence zaczyna sciagac cie bezpardonowo po kolejnych stopniach w dol, do piwnicy.
  Kilka razy twoja glowa uderza o twardy stopien.
Lawrence: - Byl tylko narzedziem i tez mial grzeszna przeszlosc
Claythorne: - To to wszystko bylo twoim pomyslem?
Lawrence: - Narzedziem, ktore zostanie obciazone kolejnymi zbrodniami
Claythorne: - Niezle.
  - Widze, ze Ci dziadku odbilo na starosc.
Lawrence: - Mozna tak powiedziec
  - Nazwaliscie mnie Sedzia i sie nie pomyliliscie
Claythorne: - Ale powiedz mi.
Lawrence: - Na prawde jestem sedzia
Claythorne: - Tak szczerze, bez owijania w bawelne.
  - Po co to wszystko?
MG_BJ: Lawrence ciagnie cie przez piwnice ku bocznemu pomieszczeniu odkrytego przez Lombarda.
Lawrence: - od lat obserwowalem jak ludzie popelniaja zbrodnie, a wymiar sprawiedliwosci byl zupelnie bez silny.
Claythorne: - Wiec?
  - O.
  - Samotny msciciel.
  -Ambitnie, ambitnie.
MG_BJ: Claythorne gwaltownym szarpnieciem sie przewraca puszki z biszkoptami.
Claythorne: - Ale powiedz mi.
Lawrence: -Wiec wzialem sprawe w swoje rece
MG_BJ: Puszki rozsypuja sie po calej piwnicy.
  Zostajesz wciagniety do bocznego pomieszczenia.
Lawrence: Przyspieszam
MG_BJ: Znajduje sie tutaj maly stolik, bojler posrodku pokoju i platanina alumuniowych rurek na suficie nad nim.
Claythorne: - Pytalem Cie o cos.
Lawrence: Z pasja przygotowuje finalowa scene
Claythorne: - Moze bys mi tak odpowiedzial.
MG_BJ: Lawrence zdejmuje ciezka pokrywe z bojlera.
  Niemalze wrzaca woda bucha para az pod sufit.
Lawrence: - Jako winowajca masz prawo do ostatniego slowa
  - Chcesz jeszcze cos dodac?
MG_BJ: Nagle wyrzucasz puszke z biszkoptami, ktora trzymales.
  Ale... pudlujesz.
  Puszka mija o metr glowe Lawrenca, odbija sie o sciane, zatrzymuje sie w odleglym kacie pokoju.
Claythorne: Rzucam sie na niego.
MG_BJ: Nie mozesz.
Claythorne: Chwila dezorientacji.
MG_BJ: Jestes skrepowany, nogi, rece, mozesz najwyzej wic sie jak piskorz.
Claythorne: To tak robie.
Lawrence: - Konczmy z tym. Nie masz zadnych szans
Claythorne: - Nie, nie.
MG_BJ: Lawrence przywiazuje line do twoich nog, drugi jej koniec przerzuca przez stelaz na suficie, wiaze jakas zmyslna petle.
Claythorne: - Poczekaj.
Lawrence: - Przyjmij kare
Claythorne: - Poczekaj jeszcze chwile.
Lawrence: -Sprawiedliwa kare za Cyryla
  - Nie ma co zwlekac, nie uratujesz skory
MG_BJ: Lawrence ciagnie za sznur. Jak na tak starego czlowieka jest zaskakujaco silny.
Claythorne: - Nie.
  - Czekaj.
  - Prosze.
MG_BJ: Claythorne zostaje podciagniety za nogi do gory i po chwili wisi pod sufitem.
Claythorne: - Powiem ci o tym chlopcu.
  - Caly historie.
MG_BJ: Glowa w dol.
Claythorne: - Naprawde, prosze.
Lawrence: - Tak. Cyryl nie mial szansy, ty takze jej nie bedziesz miec
MG_BJ: Kilkadziesiat centymetrow nad wrzaca woda w bojlerze.
Claythorne: - Nie znasz wszystkiego!
  - Czekaj, kurwa twoja mac, ja pierdole, nie chce umierac!
Lawrence: - Wiem wystarczajaco!
  -Cyryl tez nie chcial
Claythorne: - NIe wiesz.
  - Nic nie wiesz!
Lawrence: - Wiem
MG_BJ: Claythorne szarpie sie nerwowo, zaczyna sie lekko hustac pod sufitem niczym wahadlo.
Claythorne: - To mi powiedz, co wiesz.
Lawrence: - JA WIEM WSZYSTKO O TWOICH ZBRODNIACH
Claythorne: - Gowno wiesz.
Lawrence: - JA JESTEM SEDZIA
Claythorne: - Wiesz to, co postronni.
Lawrence: - PRZYJMIJ WYROK
Claythorne: - Nie wiesz, jak bylo naprawde.
  - Nie!
  - Nie znasz motywu.
  - Kurwa, czlowieku.
  - Pomoge Ci.
  - Bedziemy mieli razem alibi.
  - Wskazemy Brovena.
MG_BJ: Lawrence trzyma drugi koniec liny w dloniach.
  Zauwazasz dopiero teraz, ze ma rekawiczki.
Lawrence: - Och! Jaki ty jestes pomyslowy
  - Wyobraz sobie, ze sam mam taki plan
Claythorne: - I kto Ci zaswiadczy, ze sam tego nie zrobiles?
MG_BJ: Claythorne husta sie pod sufitem.
Lawrence: - Wszystkie smierci na wyspie to sprawka Brovena
MG_BJ: Udaje mu sie zlapac za kawalek jakiejs rury.
Lawrence: - Obejde sie bez ciebie
MG_BJ: Wisi teraz nie nad bojlerem, ale przy scianie, z boku.
Claythorne: - Nie!
MG_BJ: Trzyma sie, ale pozycja jest bardzo niewygodna, nie starczy mu na dlugo sil.
Claythorne: - Nie zabijaj mnie!
  Trzymam sie kurczowo.
Lawrence: - Puszczaj. Nie masz szans
MG_BJ: Reka mu dretwieje.
  Po chwili puszcza sie i powraca ruchem wahadlowym z powrotem nad bojler.
Lawrence: - No juz. Wyrok zapadl
  - Sad opuszcza sale
  Puszczam line
MG_BJ: Claythorne wpada do wrzatku, glowa w dol.
  Przez chwile slychac, jak spazmatycznie tluczy o grube sciany od wewnatrz.
Claythorne: - Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
MG_BJ: Potem zapada cisza.
  Cisza.
  Cisza.
Lawrence: - Wykonalo sie
  Wracam do salonu
MG_BJ: Lawrence wraca powoli na gore.
  Znowu ciezkim, ospalym krokiem.
Lawrence: Staje nad roztrzaskana gablota i zabieram pozostale figurki
MG_BJ: Podnosi trzy figurki uwazajac, by nie skaleczyc dloni o kawalki potrzaskanego szkla.
Lawrence: Wzdycham ciezko
  Rzucam ostatnie spojrzenie na dom, w ktorym dokonala sie sprawiedliwosc
MG_BJ: Na dworze slychac glosy.
Lawrence: Odchodze powoli na przystan
  Nie ogladam sie
MG_BJ: Chyba wlasnie przybila motorowka.
  Po drodze Lawrence zdejmuje i ciska na ziemie rekawiczki.
Lawrence: - Dzieki Bogu! Jestescie! To bylo straszne.